Rozdział XXXI


Dodano: sobota, 16 lipca 2011 00:02:39
Napisano: komentarze [19]


Po wielkich perypetiach  ze strony łącza oraz myloga przedstawiam Wam kolejny rozdział.
U mnie szaleństwo wciąż trwa- kampania wrześniowa, praca, mecze i stawianie oporu przeciwko niszczeniu środowiska kibicowskiego w Polsce.
Niech już będzie po tym durnym euro....

No, ale nie będę zanudzać. Jestem z tej notki niesamowicie dumna, mimo,że wciąż sprawia wrażenie niedopracowanej. Pisałam tekst na cztery różne sposoby i dopiero ten przypadł mi do gustu. Może być nieco zagmatwana, ale dacie radę ;)

No i oczywiście proszę o komentarze.
Pozdrawiam

Autorka

~~~~~~~~~~~~~~


~

 


 


Rozdział XXXI


 


Shiro westchnęła. Miała kompletnie dość wszystkiego. Byli na wyspie tydzień, a jej relacje z Agaresem nie poprawiły się ani o jotę. Od trzech dni w stanie kompletnej wojny podjazdowej.


Mogła się po nim spodziewać dosłownie wszystkiego. Po tym jak na ostatnim przyjęciu „niechcący” rozdarł jej ulubioną ciemnozieloną suknię odsłaniając jej bieliznę przed połową zebranych… do tej pory na samą myśl czuła palenie policzków.


A teraz? Hiszpańskich klimatów się zachciało. Miała definitywnie dość żony Kosy i jej jobla na punkcie bali i balików tematycznych. Przerabiała już chyba wszystko- od starożytnego Egiptu (gdzie reszta kobiet postawiła za punkt honoru która będzie najmniej ubrana) po styl neowiktoriański. Obecnie tematem przewodnim był klimat hiszpański. Większość kobiet pewnie założy kiecki jak z westernów- krótkie, falbaniaste.. takie jak noszą dziwki w saloonie.  To nic, że gdy był motyw carskiej Rosji to jako jedyna miała suknię na miarę Marii Antoniny. Reszta panienek wyglądała jak z domu Hugh Heffnera. Czuła się zażenowana, było jej niezręcznie i w ogóle chciała już wracać.


Co gorsza jej „chcica” dawała o sobie znać. Ciągły stres i eskalacja konfliktu z partnerem sprawiały, że ciało prosiło o rozładowanie napięcia.


Obróciła się od toaletki i spojrzała na mężczyznę.


Siedział w fotelu z cygarem w ręku zapatrzony  w jeden punkt. Rozpięta koszula jak zwykle prezentowała się rewelacyjnie. Poczuła dreszcz. Cudem pohamowała się by nie usiąść mu na kolanach i nie zacząć całować. Coraz bardziej ją to kusiło. Zamiast tego przeniosła wzrok na własne odbicie i dopiła czwarte Martini w ciągu tej godziny.


- Możemy iść. Jestem gotowa- rzuciła w przestrzeń i wstała.


 


***


 


 


Spojrzał na dziewczynę. Wyróżniała się z tłumu. Czerwona suknia wiązana na szyi z głębokim dekoltem na plecach, aż do nerek. Aktualnie tańczyła z kimśtam. Nie pamiętał nazwiska. Kojarzył tylko ,że to podrzędny przemytnik z centralnej Europy. Z Polski chyba. A może to Europa zachodnia? Nieważne. Obrzucił go taksującym spojrzeniem- średniego wzrostu, niesamowicie szeroki w ramionach, ale bez tzw karku. Głowa ogolona na zapałkę. Postawna sylwetka. Pewnie w jej typie.


Poczuł się parszywie. Miał dość tego całego teatrzyku. Tym bardziej, że Kosa jasno mu wczoraj dał do zrozumienia, że podejrzewa, iż Shiro nie jest panienką na weekend. Skoro nawet Kosa widzi różnicę między nią a resztą towarzystwa, to znaczy ,że inni też.


Dopił kolejną porcję rumu. Zatęsknił nagle za ukrytą salą bilardową w klubie dla VIPów, za szybką  jazdą po autostradzie. Nawet za własnym łóżkiem. Podniósł się z głośnym zgrzytem mebla i podszedł do tańczącej pary. Bez pardonu złapał dziewczynę za przedramię i bez słowa poprowadził do ich domku. Nawet się nie opierała. Już wiedziała, że przedstawienie nie będzie korzystne dla żadnego z nich. I to go niepokoiło. Bo to oznaczało, że kombinowała coś. Nie poluzował chwytu, wiedział że będzie miała siniaki na ręce. Zacisnął palce mocniej i zauważył kątem oka jak drgnęły jej mięśnie żuchwy przy zaciśnięciu zębów. Zamierzał ją sprowokować. Chyba wszystko jest lepsze niż obecny stan.


 


 


***


 


Gdy tylko przekroczyła próg domku wyszarpnęła rękę z uścisku i zmierzyła go chłodnym spojrzeniem. Aktualnie włączał muzykę. Z głośników rozlokowanych w całym apartamencie zaczęły się sączyć ciche nuty tanga, które zadrgały jej we krwi razem z wypitym alkoholem.


Emanowała z niej wściekłość i prymitywna chęć zadania mu bólu. Za to całe upokorzenie. Chciała się wyżyć. Wiedziała, że on nigdy by nie spoliczkował kobiety. Punkt dla niego. Ale zmusi, do diabła, zmusi go do walki. Pokona. I to ona będzie górą.


Gdy ponownie złapał jej nadgarstek wyprowadziła cios drugą ręką- nasadą dłoni w jego splot słoneczny. Musnęła go kantem gdy się obracał i odepchnął ją na stojący barek. Odwróciła się łapiąc za krawędź za plecami i ignorując zgrzyt przesuwanego mebla. Odepchnęła się i zamarkowała cios na krtań. Odchylił się a jej pięść precyzyjnie trafiła w okolice żołądka. Jęknął łapiąc ją za włosy. To tyle jeśli chodzi o bierny opór. Cofnęła się o krok celując obcasem  w jego stopę, a ręką szukając wyjścia na głowę. Zabrał nogę mgnienie oka przed tym jak szpilka z głośnym trzaskiem uderzyła o podłogę. Chwycił ją za ramiona i całą sylwetką uderzył o ścianę. Jęk wyrwał się z gardła dziewczyny. Natychmiast ją puścił odskakując. Oddech później odsunęła się od ściany zataczając koła wokół szklanego stolika ich dzielącego. Nie spuszczając z niego wzroku dotknęła potylicy. Rzut oka na palce upewnił ją ,że ma rozciętą głowę. Błyskawicznie odbiła się od podłogi i wykorzystując blat jako stopień skróciła dystans celując kolanem w jego pierś. Napotkała blok, ale paznokciami rozorała szyję zostawiając trzy krwawe pręgi. Mężczyzna zdecydowanie przekroczył szczątki stolika, który rozbił się przy poprzednim ataku, i skrócił dystans przechodząc do ofensywy. Blokowała szukając szansy do wyjścia z kontrą, a poszczególne bloki czy ciosy wyprowadzała wręcz podświadomie. Irytowała ją sukienka krępująca ruchy.


Przetarł wierzchem dłoni po szyi czując jak kropla po kropli kołnierzyk śnieżnobiałej koszuli zmienia kolor na bordo. Przestał patrzeć na nią jak na kobietę, a zaczął jak na przeciwnika ,któremu trzeba udowodnić gdzie jest jego miejsce. W odbiciu pękniętego lustra zobaczył jak dziewczynie wzdłuż kręgosłupa spływa strużka krwi wsiąkając w materiał na krzyżu.  Wiedział, że to on uderzył nią w niebezpieczną powierzchnię. Mógł jej zrobić poważną krzywdę. Oprzytomniał, a czerwona mgiełka wściekłości podsycanej alkoholem nieco opadła. Na tyle by dostrzec zwężenie źrenic ostrzegające przed atakiem.


Uchylił się przed dwoma pierwszymi atakami i złapał jej rękę by równą z drugą wykręcić je na plecach w podwójną dźwignię transportową Kozue Ude garami. Zamarła wyprostowana jak struna niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.


- Masz kawałek szkła w łopatce. Płytko ale może zaboleć.


Nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć mężczyzna puścił jej ręce i przytrzymując przez bark usunął szklany odprysk. Zdusiła stęknięcie bólu. Dopiero teraz poczuła się obolała i zmęczona. Obejrzała się przez ramię i się roześmiała. Oboje wyglądali jakby kąpali się w posoce. Z Agaresa złość wyparowała. Oparł się o ścianę i rozejrzał- salon wyglądał jak po trzęsieniu ziemi. Wszędzie walały się odłamki szkła i drewna.


- Nie wiem jak wytłumaczę to Kosie…  -stwierdził zdejmując koszulę i się nią wycierając. – Masz pazurki- mruknął przyciskając rękaw do szyi. Kobieta spojrzała na niego przekornie. Taka walka uwalnia endorfiny.


- Suknia do wyrzucenia- odparła odpinając ją i ostrożnie wychodząc z niej gdy opadła na posadzkę zbierając się wokół kostek. Kremowa bielizna była ozdobiona szkarłatnymi plamami. – Daj kawałek- mruknęła zabierając jego koszulę i ścierając z siebie krew.


- Daj to dziewczyno… tylko rozmazujesz.- Valgaav zabrał swoją własność i wytarł smugi z pleców. Shiro poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Za dobrze znała to uczucie. Manipulował nią? Całkiem prawdopodobne, w końcu to Agares… Ale dlaczego nie miałaby odegrać swojej roli? No przecież się w nim nie zakocha… Jest na to zbyt rozsądna.


Odrzuciła zakrwawioną koszulę na swoją sukienkę  i spojrzała na niego. Wyglądał jak młody bóg. Z resztą czego innego mogłaby się po nim spodziewać? W milczeniu się w siebie wpatrywali a powietrze wokół wręcz trzaskało od napięcia w nim rosnącego. Piekła ją ranka na łopatce, a ogólnie wybicie ze swojej żelaznej skorupki jaką był dystans sprawiał swego rodzaju dyskomfort.  Czuła przyjemnie ciepło rozchodzące się po niej gdy patrząc mu w oczy mimowolnie wyobrażała sobie jego opuszki na swoim ciele, jak jak tego wieczoru i poprzednich… Na samą myśl na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Co może zrobić jej tym swoim ciętym językiem… Miała najzwyklejszą w świecie chcicę. I czuła, że zaraz oszaleje z tego powodu.


 


 


***


 


 


Zamarł w bezruchu wyłapując wyraz jej oczu. Jak to określić? Na początku wahanie, by za chwilę nabrać intensywności i błysku. Rozszerzyły mu się źrenice. Znał to spojrzenie. On takie miewa zanim zaciągnie do łóżka jakąś wyjątkowo oporną sztukę. Spojrzenie zdobywcy. Nawet nie musiał przerywać kontaktu wzrokowego, by wiedzieć, że oddech jej się spłycił i że pierś unosi się częściej. Jako łowca te oznaki obserwował często. Przez myśl mu przeszło kto tu na kogo poluje. Ale to nie ma znaczenia. Cel to cel. Trzeba w końcu zrobić użytek z wstawki od Kosy. Ułamek sekundy na rozważenie jak to rozegrać. Niepotrzebnie… Sama do niego podeszła i po prostu pocałowała. Niemalże warknął w zwycięskim geście. Objął ją i prawie się odsunął. Była rozgrzana jak piec hutniczy. Dziwne, bo zwykle mu mówiono, że to on emanuje żarem. Nie była delikatna.


Żadnych subtelnych, delikatnych pocałunków. Czysta walka o dominację, o kontrolę. Obrócił się z nią o 180 stopni przypierając ją do chropowatej ściany. Jednym ruchem podniósł ją wsuwając dłonie pod uda i poczuł jak zaplata nogi za jego plecami utrzymując się na jego biodrach. Mógł bez problemu całować, gryźć i co tylko żywnie mu się podobało,  szyję i dekolt. Poczuł szarpnięcie za włosy wymuszające podniesienie głowy. Zacisnęła zęby na jego dolnej wardze ssąc ją. Prawie ją puścił gdy nagle przesunęła po niej końcem języka. Nie przerywając przeszedł do sypialni i usiadł z nią na łóżku. Jednym wprawnym ruchem starego wyjadacza odpiął biustonosz i nie przestając walczyć z jej językiem go zdjął. Drugą rękę przesunął na jej biodro, wsuwając za materiał majtek. Odepchnęła go lekko.


- A teraz- powiedziała- zrobisz to czego ja chcę.


Zaskoczyła go. Zawsze to on dyktował warunki. Ale teraz nie miał nawet nic przeciwko małej odmianie. Czując jej ruchy wycałował sobie drogę do pępka i zjechał językiem niżej. Jęk był jego nagrodą.


 


 


***


 


 


Leżał i patrzył na jej plecy w świetle księżyca. Czuł się niezaspokojony. Dochodziła trzecia w nocy. Kto byłby zaspokojony jednym razem? Całą noc ona dyktowała warunki. Trzykrotnie doprowadził ją do takiego stanu drżenia ud, że na bank nie byłaby w stanie stanąć na nogach. A gdy już ugniotła w dłoniach każdy centymetr kwadratowy prześcieradła i wyrwała mu połowę włosów poprzez zaciskanie na nich pięści  i stwierdziła, że mimo kompletnego wypieszczenia „chce jeszcze” spełnił jej żądanie to nie oddała kontroli. A potem się przytuliła i zasnęła. Jak on po kilku minutach był pełen dalszych sił.  Nie pozwoliła mu zapalić , więc i z tego musiał zrezygnować. Zaczął się zastanawiać kto tu kogo użył. Wykorzystał.


Przytulił się do jej pleców obejmując ramieniem i położył dłoń na jej piersi. Były idealne. Nigdy by nie przepuszczał, że coś takiego w ogóle przyjdzie mu na myśl. A jednak.


Wtulił twarz  w jej włosy wciągając zapach jaśminu. Zaraz zacznie wyć. O zaśnięciu nie ma mowy.


Przez sen splotła palce z jego. Idealnie pasowała do jego ciała. I ten temperament!


Użyła go. Myśl tłukła mu się po podświadomości. Przecież chciał ją tylko zaliczyć, prawda?


Można stwierdzić, że dopiął swego. To dlaczego czuje głód większy niż przedtem?


Cicha woda… Chciał jeszcze, jeszcze ,jeszcze… Pierwszy raz zaspokajał kogoś a nie siebie. A ona? Najzwyklej w świecie wzięła co chciała i poszła spać. Najczystszy, pierwszej wody egoizm. Prawi się roześmiał uzmysławiając sobie całą tę analizę. Mimo chcicy miał fantastyczny humor. Spróbował zignorować swoje potrzeby i przymknął oczy. W końcu miał ją w ramionach. Na chwilę na własność. Pasującą idealnie.


 


 


 


***



Informacja


Dodano: niedziela, 10 lipca 2011 22:18:51
Napisano: komentarze [2]


Chciałabym poinformować wszystkich czytelników, że wreszcie udało się napisać wersję w sposób satysfakcjonujący mnie. Więc w związku z tym, muszę jeszcze napisać mały spójnik akcji i obecnego miejsca fabuły i pod koniec tygodnia (nie dziś ,tego następnego) będzie już notka (z waszymi komentarzami mam nadzieję).
Dziękuję Wam za cierpliwość ;)
Autorka

Rozdział XXX


Dodano: niedziela, 22 maja 2011 14:38:50
Napisano: komentarze [9]


No wreszcie!
Czekałam, aż ktoś zacznie się dopominać i szczerze mówiąc coraz bardziej przykro mi było.
Tak więc ten rozdział jest z dedykacją dla Mits.

Co do kibicowania- obecnie zrobili na nas taką nagonkę, że jest ciężko. Zamykają nam stadiony, nakładają nieludzkie kary praktycznie za nic (500- 1000 pln za skandowanie "Tusk ty matole, twój rząd obalą kibole), za wywieszanie flag, transparentów... próbują pozbyć się nas wszystkich.
Ale wierzę, że nadejdzie czas, gdy docenią nas. Gdy puste stadiony i brak dopingu spowoduje u nich ocknięcie się, że przy poziomie polskiej kopanej nikt nie będzie płacił tyle co w Anglii czy Hiszpanii by przyjść na mecz.
Wierzę, że kibicowsko przetrwamy jako drugie Bałkany.
Amen. ;)

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

~

 


Obudził ją zapach kawy. Agares przesuwał pod jej nosem łyżeczkę, którą wcześniej zamoczył w kubku.


Przeciągnęła się leniwie i spojrzała na niego- wyglądał całkiem normalnie. Przez otworzony na oścież taras wpadało chłodne jeszcze powietrze. Było może ok. 7-8 rano.


Przekręciła się na plecy i usiadła owijając się szczelniej prześcieradłem. Palcami przeczesała włosy odgarniając je z twarzy. Przyjęła kubek i upiła łyk kawy. Była idealna. Valgaav położył się obok niej obserwując ją. Ponownie obrzuciła go spojrzeniem- był wykąpany, gładko ogolony i przebrany w czyste rzeczy. Jego włosy były jeszcze wilgotne. Doszedł ich odgłos biegu po żwirowej ścieżce. Wiedzieli już, że to Kanadyjczyk uprawiał poranny jogging.


Odruchowo się do niego przytuliła obejmując go łydką. W końcu muszą stwarzać pozory.


Blondyn w czerwonym dresie szybko przebiegł obok ich tarasu witając się przez uniesienie ręki. Agares odwzajemnił gest ręką z kubkiem. Mimo, że potencjalne ryzyko już minęło  to nie odsunęła się od niego. Miała kaprys wypicia porannej kawy przytulona do własnego rzekomego właściciela. Obejmował ją w pasie popijając spokojnie ze swojego kubka. Pasowały jej takie poranki. Gdyby nie rzeczywiste zagrożenie byłoby to jak sen.


- Dobrze się wczoraj spisałaś- szepnął jej do ucha. Spojrzała na niego przez ramię.


- Wiem.


Była świadoma, że gdyby sobie dobrze nie poradziła, to już oboje byliby martwi. Robiła się głodna.


- Co mamy na śniadanie- zapytała.


- Jeszcze nie zamówiłem. Na co masz ochotę?


- Hmmm… tosty z szynką i pomidorem, herbatę i świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy.


Spojrzał na nią rozbawiony i sięgnął po telefon stojący na stoliku nocnym. Zamówił śniadanie i odstawił oba puste kubki na nocną szafkę. Objął ją i tak czekali na dostarczenie posiłku. Sielanka. Miałą dobry nastrój z lekko przekorną chęcią na „mizianie”. I świadomość, że nie z nim. To niewłaściwa osoba do tego i to ją kusiło jak jasna cholera.


 


 


 


***


 


 


 


Cztery godziny później nie miała już takiego fantastycznego nastroju. Agares wytknął jej ,że nie interesuje się tym co się dzieje w firmie, że nie sprawdziła przychodzących maili etc. Myślała, że szalg ją trafi. Po śniadaniu urządził jej wręcz awanturę i sobie wyszedł. Zniknął. Więc korzystając z wii-fi sprawdziła tę cholerną pocztę, zanotowała sobie w myśli co ma mu przekazać, bo przecież nie może tego mu spisać na kartce.


Na litość boską w co on pogrywa?


Wrócił tuż przed obiadem, więc zjedli go w ciszy. O 21 mieli być na kolejnym przyjęciu. Zaczynało ją to męczyć. Ile można? Czuła się jakby byli tu miesiąc a nie kilka dni. Mając trochę czasu stwierdziła, że pójdzie sobie na plażę. Prawdziwą nad oceanem, a nie jakiś basen wysypany piaskiem dookoła.


Przebrała się w strój, założyła na niego krótką sukienkę i bez słowa wyszła. Udała się brzegiem oceanu na plażę, na której stał bar. Obszerna budka przykryta trzcinowym dachem. Zajrzała ciekawie do środka. Za barem zerwał się na nogi wielki Jamajczyk w śnieżnobiałej koszuli z krótkim rękawem. Miedziany odcień kontrastujący się z bielą natychmiast nasunął jej na myśl Nigela. Poczuła sympatię do barmana.


- Dzień dobry…?- odezwała się nieśmiało.


- Dzień dobry! W czym mogę służyć?- zapytał dziarsko z szerokim uśmiechem.


- W sumie w niczym, tak tylko zajrzałam…


- Proszę… Proszę pozwolić mi coś dla Pani przygotować, nim umrę z nudów…


Usiadła na wysokim barowym stołku i i uśmiechnęła się.


- Ok., to coś lekkiego poproszę. Długo tu pracujesz? – zapytała przechodząc na „ty”.


-Tylko na czas pobytu gości pana Kosy.


Wyciągnęła rękę nad kontuarem.


-Arashi


- Jack.


Po wypiciu malibu i godzinie rozmów wpakowała się za ladę i zarządała by nauczył ją robić kilka drinków. Nie mógł jej odmówić.


Była w trakcie robienia Margarity gdy pojawił się Agares.


- Arashi, idziemy.- warknął nie patrząc na nią tylko na Jacka.


- Jestem zajęta- odparła chłodno, choć wewnętrznie wręcz się gotowała. Wybijał ją z równowagi.


Poczuła jak zaciska palce na jej przedramieniu.


- Powiedziałem idziemy.- wycedził i wyprowadził ją na zewnątrz. Nie stawiała oporu nie chcąc robić większego przedstawienia.


Wyszarpnęła się dopiero gdy odeszli kilkadziesiąt metrów.


Zdjęła japonki i weszłą do oceanu. Wiedziała, że za nią stoi i czeka.


Musiała się uspokoić, czuła ,że ledwo panuje nad sobą. Zaczęła iść wzdłuż brzegu brodząc po kostki w wodzie.


- Czego Ty właściwie chcesz ode mnie, co?- zapytała agresywnym głosem. Jego twarz była bez wyrazu.


- Twoje zachowanie podchodzi pod niesubordynację. Przypominam Ci że jestem Twoim szefem i oczekuję takiego traktowania- stwierdził chłodno.


- Moje zachowanie?!? Moje?!? Czy to ja do kurwy nędzy byłam miła i cudowna rano a następnie urządziłam Ci awanturę? O przepraszam SZEFIE, że jestem niezdyscyplinowana i udawałam Twoją cizię, to się więcej SZEFIE nie powtórzy. Następnym razem będę SZEFIE bardziej zdyscyplinowana…- spojrzała na niego z pogardą. – I Ty chcesz bym dobrze grała swoją rolę… uwierz, mi jest obojętne to czy tutaj pokłócimy. To Ty masz tu „znajomych”, nie ja.


- wiesz, że mogę wyciągnąć konsekwencje Twojego zachowania po powrocie?- był niesamowicie spokojny i opanowany. Za to ona wręcz nie panowała nad sobą i ironią w swoim głosie.


- Ojej, i co teraz? Potrącisz mi z premii? Odetniesz od drugiej działalności? A może w przypływie litości zabijesz?!? Uwierz, nie będę płakać z tego powodu.


Wyszła na mokry piasek i założyła japonki.


- Przemyśl to- rzuciłą i skierowała się do domku. Bez słowa ruszył za nią.


 


 


***


 


Kompletnie ignorowała go do momentu przygotowania się do kolacji. Przed lustrem przykleiła sobie na twarz wybitnie nieszczery uśmiech. Jedyne słowa do niego kierowane były sprawozdaniem z firmy. Widziała jak jej mimika powoduje u niego wściekłość.


- Przestań zachowywać się jak rozpieszczona dziewczynka!- warknął osuszając kolejną szklankę rumu.


Spojrzała z dezaprobatą na do połowy pustą butelkę.


- To Ty zacznij się zachowywać jak na mężczyznę przystało- stwierdziła sucho siadając przed toaletką i całkowicie koncentrując się na sobie. Czuła jak złość i zdenerwowanie krążą jej w żyłach, ale nie miała zamiaru dać mu tej satysfakcji bycia sprowokowaną. I tak już pozwoliła by puściły jej nerwy na plaży. A im dłużej się nad tym zastanawiała tym większą miała pewność ,że nie chodziło tylko o jego zachowanie względem niej, ale też względem Jacka. Spojrzenie Agaresa, zawoalowana groźba. Wiedziała, że on się ledwo kontrolował- w jego oczach był szał, chęć rozszarpania Jamajczyka gołymi rękami. I choć gabarytowo był przewyższany przez barmana to nie miała wątpliwości jak skończyłaby się ta walka. Szybko.


Jack skończyłby ze zdziwionym wyrazem twarzy, jak wszyscy ,którzy właśnie rozumieją, że umierają. Widziała to już zbyt dużo razy. Najprawdopodobniej miałby strzaskane kolano, „wypchnięte” w drugą stronę, wyłamane ze stawu by sprowadzić go do parteru, a ułamek sekundy później odpowiednio ułożoną dłonią rozerwane gardło.


Konsekwencje dla Agaresa? Żadne.


Kosa by wzruszył ramionami a po półgodzinie nie byłoby żadnych śladów na to, że Jack kiedykolwiek istniał.


Dlatego dała się wyprowadzić zanim jej szefowi czerwona mgiełka przysłoniła rozsądek.


Zapięła kolczyk i delikatnie go trąciła. Rubin w kolorze burgunda w oprawie z małych diamentów zakołysał się. Dreszcz obrzydzenia przeszedł jej po plechach. Nie lubiła takich masywnych, obrzydliwie bogatych ozdóbek. Poprawiła satynowy szlafroczek, który zjechał jej z ramienia. Prawie warknęła gdy zsunął się znowu gdy sięgała po drugi kolczyk. Nie mając do niego cierpliwości ściągnęła go i cisnęła na fotel obok dwóch pokrowców na suknie. Czuła, że musi się napić. Przeszłą do barku paradując w samej bieliźnie i nalała sobie kieliszek białego wina. Schowała butelkę z powrotem do kubełka z lodem, kompletnie nie przejmując się, że szron z killera topi się i moczy antyczny barek.


Wróciła do toaletki wyłapując w odbiciu taksujące spojrzenie mężczyzny.


- Masz pomarańczową skórkę na udach. Od tego tylko krok od celulitu.- stwierdził szyderczo.


Zakrztusiła się opryskując lustro winem. Przetarła usta wierzchem dłoni, a stróżka płynu pociekła z kącika ust po brodzie by skapnąć na rowek między piersiami i wsiąknąć w satynowy biustonosz.


Przez sekundę zbierała myśli by odpowiedzieć całkiem spokojnie:


- To nie Twoja sprawa. Znajdź sobie jakąś dziwkę i się nią zajmij zamiast moimi udami. A może to twoje zaliczanie wszystkiego co się rusza ma na celu wyleczenie Cię z kompleksu małego? Napoleon też tak miał…- posłała mu drwiące spojrzenie przez ramię, ale urwała gdy z impetem odstawił szklankę na stolik. Z niepokojem zaobserwowała stan rumu w butelce- oscylował w granicy zera.


- Tak? – zapytał agresywnie- zawsze możesz się przekonać.- odparł mrużąc oczy.


Czuła jak włoski na karku stają jej dęba. Kłopoty. To oznaczało kłopoty.


Spojrzała na niego chłodno.


- Nie jesteś mnie wart.


Roześmiał się zimnym, szyderczym śmiechem.


- Wart? Ja Ciebie? O nie słoneczko. Coś Ci się pomyliło. Ty niska, z krótkimi nogami, masywnymi udami z pomarańczową skórką, małym biustem, krótkimi, łamliwymi paznokciami, krótkimi palcami, przeciętną twarzą z nijakimi rysami, cienkimi włosami, przebarwieniami i krostkami na bladej, nijakiej skórze, przemądrzała, wszystkowiedząca, ascetyczna i kompletnie pozbawiona seksapealu dziewczy…- urwał gdy hlusnęła mu w twarz resztką białego wina.


- Jesteś zwykłym skurwysynem. Pieprz się.


Odwróciła się do lustra by kontynuować maskowanie przebarwień korektorem.


Cudem hamowała łzy, była nienaturalnie blada. Huk drzwi tarasowych utwierdził ją w przekonaniu, że została w pokoju sama.


Ukryła twarz w dłoniach opierając się łokciami o toaletkę. Nienawidziła go w tym momencie i nienawidziła siebie, bo wiedziała, że ma rację.


Nie była pięknością, była przeciętna. Przeciętność nadrabiała charakterem. Wiedziała to.


Doskonale trafił w jej czuły punkt- lata temu nie mogła przeboleć braku zainteresowania płci przeciwnej jej osobą. Ganiali wtedy za przedstawicielkami z miseczką C+. Jej „A” było jej solą w oku. I nieakceptowała logicznego wyjaśnienia, że po prostu była zbyt dojrzała dla rówieśników. Zbyt ambitna, zbyt racjonalna, zbyt inteligenta, o zbyt szerokich horyzontach, zbyt różnych zainteresowaniach. W tym dojrzałym nastoletnim łbie tkwiła drzazga żalu, że nigdy nikt je nie oblał wodą, nie gonił z myszą w dłoni (nie by miała się gryzonia bać), nie natarł śniegiem… dopiero później zrozumiała, że to była bzdura. Kontynuowała wyżywanie się na treningach a następnie na strzelnicy szlifując swój charakter i osobowość na niepowodzeniach. Rozumiała, że z miseczką „C+” by wyglądała śmiesznie ze swoją filigranową posturą i nagle z „wielkim cycem”.


Ale Agares trafił i to boleśnie w stare kompleksy. Odpłaci mu.


Jeszcze nie wie jak, ale odpłaci.


Uśmiechnęła się mściwie do lustra nakładając pędzlem rozświetlający puder.


 


 


 


***


 


 


Przeholował. Kurwa, przecholował.


To jej wina! Sama do tego doprowadziła! Najpierw fochy na plaży a teraz to jedno zdanie. O jedno zdanie za dużo! A Northon go ostrzegał, że ludzie mogą tak pomyśleć. Pieprzyć to co myślą ludzie! Ale jak ona mogła mu zasugerować…. Pieprzona cnotka!


Wiedział, że przeholował. TO było grubo poniżej jego możliwości. Wiedział, że przesadził ale jak już zaczął to nie potrafił przestać i to nie hluśnięcie w twarz go otrzeźwiło, ale jej spojrzenie. Nigdy takiego nie widział u żadnej dziwki czy „panny z dobrego domu”.


Wzrok nie typu „ och ,ach, ojej i szloch” tylko mówiący jasno „miałam o Tobie lepsze zdanie. Widać się myliłam ty pieprzony debilu”.  Powinna go uderzyć. Zasłużył na policzek. Wtedy byłby spokojniejszy, ale ona tego nie zrobiła i to go tym bardziej bolało. Sumienie. Takie coś, czego on nie używa.  Jak mógł jej tak pocisnąć?


Fakt faktem, że miała niewielki biust i lekką pomarańczową skórkę, ale była ona prawie że niewidoczna a je filigranowa sylwetka była przezajebista. Zwłaszcza ten łuk jak talia przechodzi w biodra. Nawet linia jego Porche nie budziła w nim takiego pożądania.


No po cholerę mówiła to zdanie o Napoleonie?!? Taka mądra a taka głupia!


Ze złością cisnął niedopałek za balustradę i odpalił kolejnego papierosa.


Cały rum z niego wyparował a myśli jak szalone gnały po jego głowie. Jak doprowadzić do zmiany sytuacji? Zaliczenie jej z kilku procent spadło praktycznie do zera. Ale on lubi wyzwania… I wiedział o drzemiącym w niej potencjale. Ze średniomdłej i skrytej „8” awansowała na ostrą jak brzytwa „8,5” a w porywach do „9”.


Zaciągnął się mocno ignorując nieprzyjemne uczucie lepienia się wina wysychającego na twarzy. Kochał kobiety, ale ta będzie jego największym wyzwaniem. Rozegra to tak, że w ostatecznym rozrachunku to on będzie zwycięzcą.


 


 


***



Rozdział XXIX


Dodano: piątek, 18 marca 2011 16:42:16
Napisano: komentarze [11]


Studia, mecze, życie prywatne... tak to się toczy.
Zapraszam na kolejną notkę:

~~~~~~~~~~~~~~~~


 


 


Rozdział XXIX


 


Otworzył oczy i poczuł ucisk w skroniach a szum krwi w uszach omal go nie zwalił z nóg. Ostatnim razem takie uczucie miał kiedy w sparringowej walce oberwał cios w skroń i go „wyłączyło” na moment. Jednocześnie czuł chęć powiedzenia o tym całemu światu, jakby każda myśl warta była uwagi innych a każde zdanie miało być przyjęte z aplauzem.


Mrugnął.


Gwiazdy na niebie były słabo widoczne przez światła pochodni i lampionów oświetlających basen, a także podświetlanej wody. Zwilżył usta językiem, tak bardzo chciało mu się pić.


Spojrzał w dół. Jakaś dziewczyna leżała na nim. Widział nieostro. Ponownie mrugnął i nieco wyostrzyło mu to wzrok prawidłowo ogniskując.


Shiro leżała na nim opierając dłonie o brodę o dłonie leżące na jego piersi. Miała uważne spojrzenie.


- Ile…- wychrypiał


Spojrzała na zegarek na jego nadgarstku.


- 19 minut.


Zamrugał zaskoczony. Chciał zapytać ile wypił… W końcu nie co dzień bije się rekordy w piciu a on chciał znać swój wynik.


Podniósł dłoń i przez moment na nią patrzył przybliżając i oddalając ją od twarzy.


Po chwili opadła ona bezwładnie na ramię dziewczyny, by zsunąć się po krzywiźnie jej pleców. Sięgnął drugą do stoliczka łączącego sąsiadujące fotele. Stały tam dwie szklanki…dwie?


Nie.. półtora szklanki! Coś takiego..


Ale jak tak połączono szklanki, że ich kontur przypominał liczbę 8? Uniósł głowę by się przyjrzeć. Na stoliczku stała jedna szklanka. Ostrożnie ujął ją w dłoń i rozejrzał się za butelką rumu… Przecież gdzieś tu była.


Zniknęła. W końcu przeniósł wzrok na sąsiada. Rosjanin leżał na fotelu, a jego własność wciąż siedziała u stóp mebla. Rusek patrzył na niego pociągając z gwinta coś przezroczystego.


- Misza… -wychrypiał wyciągając szklankę. Rosjanin roześmiał się słysząc zachrypnięty głos i z rozmachem nalał mu pół szklanki, drugie pół rozlewając przez problemy z celnością. Agares upił łyk i zakrztusił się, Shiro wręcz podskoczyła na nim opryskana alkoholem.


- Misza, kurwa… było mówić że to nie wódka tylko rosyjski samogon…- urwał z trudem łapiąc powietrze. Drugi mężczyzna roześmiał się a blizna zdeformowała mu policzek zaburzając symetrię twarzy. – I weźże Marię z tego piachu bo się zaziębi…


Kobieta uśmiechnęła się lekko


- Mi tu dobrze- odparła- chłodno. Ja nie przyzwyczajona do takich upałów.


Shiro mniej więcej rozumiała sens konwersacji choć nie słowo w słowo. Za to jej szef znał rosyjski… kolejna rzecz, pamiętał imię kobiety Miszy, mimo, że ta nigdy nie była przedstawiana.


Agares upuścił pustą szklankę na piasek i przeniósł rękę na plecy dziewczyny znów ją bezwiednie opuszczając. Przesunął nią od karku do połowy pleców napotykając na wiązanie stroju. Pokręcił głową jakby zaprzeczał sam sobie, swoim myślom. Ponowił ruch dłonią ponownie napotykając przeszkodę. Ściągnął brwi myśląc nad tym intensywnie. Shiro prawie parsknęła śmiechem obserwując jego mimikę. Wreszcie kiwnął głową jakby doszedł do porozumienia ze swoim ja i bez wahania pociągnął za wiązanie rozwiązując kokardkę.


Spojrzał na zaskoczoną twarz dziewczyny.


- Nie wstydź się Arashi… - stwierdził najbardziej moralizatorskim jaki kiedykolwiek słyszał. Dziewczyna nie drgnęła. Jego ojciec też tak do niego mówił.. zasępił się na chwilę wodząc opuszkami po jej plecach. Trafił opuszkami na jakąś wypukłość na jej łopatce, to go wyrwało z zamyślenia.


- Co to?- zapytał przypatrując się okrągłemu śladowi, badając jego kształt i fakturę. Co zadało taką bliznę?


- Gumowa kula. – odparła niechętnie. Przesunęła dłoń spod brody na ramię zasłaniając znamię. To nie była jej jedyna blizna.


- Też mam kilka blizn…- odparł jakby zamyślony- chcesz zobaczyć?


Gdyby nie entuzjazm na jego twarzy to można by pomyśleć, że pytanie z cyklu „chcesz zobaczyć moją kolekcję płyt/znaczków/motyli”


- W sumie… czemu nie?- odparła sięgając za siebie i zawiązując strój.


Rozległ się gong i rozmowy ustały. Kosa wstał i przeszedł nad brzeg basenu.


- A teraz coś dla relaksu…


Po obu stronach basenu pojawiły się kobiety- jedna blondynka druga brunetka. Miały na sobie tylko stringi, choć Shiro nie była w stanie stwierdzić przy tej odległości i oświetleniu czy rzeczywiście je mają. Ich ciała błyszczały od oliwki. Obie w dłoniach trzymały wielkie noże.


- Absolutnie piękne…- szepnął Valgaav patrząc na brunetkę okiem znawcy.


- Obstawiamy minuty pierwszej krwi- Kosa wyciągnął notes.


- Dwie skrzynki granatów na szatynkę. Pięć minut!- Valgaav zawołał lekko bełkotliwym głosem.


Szmer przebiegł pośród zebranych, Kosa kiwnął głową.


- Kto przyjmuje zakład?


-Blondynka, 10 minut.


Kosa spojrzał pytająco na Agaresa.


- Stoi, ale jak wygra to dostaję ją na noc- zaznaczył morsko włosy.


Arashino chrząknęła. Kosa zanotował i dał znak wyjmując stoper. Kobiety przełożyły noże w zęby i wykonały piękny, zsynchronizowany skok do basenu powodując minimalny rozprysk. Po prostu pięknie. Pod wodą się kotłowało. Shiro widziała jak dwa ciała walczą pod powierzchnią. Po siedmiu minutach i dwóch zaczerpnięciach powietrza w trakcie walki woda zaróżowiła się a kobiety wypłynęły, również synchronicznie. Brunetka miała rozcięty policzek od nasady nosa po żuchwę.


- Kuuuuurwa….- jęknął Agares. Kanadyjczyk przyjmujący zakład się roześmiał.


- Rewanż? –zapytał.


- Taaa. To samo, ale już jej nie chcę.


Tym razem zachichotał Kosa i zabrzmiało to diabolicznie. Po sześciu minutach brunetka poderżnęła blondynie gardło. Agares wyszedł na zero. Shiro zwróciła na siebie jego uwagę i szepnęła:


- Proszę, chodźmy już do domku…


- Hmm? Co jest?- spojrzał na nią ciut nieprzytomnie. Wiedziała, że jego reset jest blisko.


- No chodźmy już…- spojrzała na niego niewinnie delikatnie całując jego usta.


Starała się ignorować jego opuszki na swoim biodrze muskające rozgrzaną skórę.


- Ale dlaczego?- najwyraźniej subtelne aluzje były teraz nieczytelne.


-No bo chcę…bo mam taką ochotę…- prawie wymruczała w jego usta- pokażesz mi swoje blizny? – zapytała mniej niewinnie patrząc mu w oczy i wodząc opuszkami wokół jego pępka.


Agaresowi coś zaświtało bo stwierdził że chyba nie ma wyjścia i wstał.


Z utrzymaniem postawy pionowej były lekkie problemy. Skierowali się ku ich domkowi. Po drodze „złapał” ich Kosa z pytaniem gdzież to?


- Znikamy na moment, za chwilę wracamy. – Agares sugestywnie poruszył brwiami.


- Yhm…- Kosa przenikliwie patrzył na Arashi jakby sprawdzając czy nie kłamie. – Nie opuszczajcie nas na długo.


Oblicze Kosy pozbawione było uśmiechu. Kiwnęła głową i pociągnęła Agaresa za sobą. Po 45 minutach potykania się dotarli do domku. Odetchnęła z ulgą gdy drzwi się za nimi zamknęły. Było jej gorąco, a sterowanie spitym szefem do najlżejszych rzeczy nie należy.


Podparła go barkiem i doprowadziła do sofy w salonie. Pomogła mu usiąść i otworzyła drzwi tarasowe na oścież. Dziwiło ją, że jeszcze nie bełtał. Im dłużej to nie nastąpi tym ciężej może być później. Przecież wiedziała jak to jest z piciem.


Odetchnęła pełną piersią jeszcze raz i spojrzała na niego. Spał a jego wygląd był tak niegroźny, że chciało jej się śmiać. Podeszła do „zwłok” tłumiąc w sobie falę czułości. Podłożyła mu poduszkę pod głowę i przykryła kocem. Czyli ona dziś śpi sama…


Kucnęła obok sofy i ustawiła butelkę wody w zasięgu jego ręki. Wahając się musnęła ustami czoło śpiącego i sama poszła się położyć. To był długi, męczący dzień a mimo to miała fantastyczny humor.


***



Rozdział XXVIII


Dodano: piątek, 18 lutego 2011 19:13:51
Napisano: komentarze [5]


Dedykejszyn- równiutko po miesiącu jest kolejna notka.


Miałam przekornie dodać  ją w walentynki, ale coś mi nie wyszło.


Wczorajszy mecz wygrany, w niedzielę kolejny, a potem wyjazd na mecz, czyli tydzień wolnego na uczleni dłużej ;)


Sesja też do przodu, więc jest dobrze ;)


 


 


 


 


Rozdział XXVIII


 


Siedziała w salonie malując paznokcie. Nie zwracała uwagi na obserwującego ją mężczyznę. Nie była nawet zła na niego- przecież to było bardziej niż pewne, że przez swoją nieumiejętność trzymania rozporka zapiętego ją w coś wjebie. To było do przewidzenia, więc wciąż była zaskoczona swoim zaskoczeniem.


I teraz musi uważać- bo jakiś rusek może wziąć odwet. Jak uroczo…


Pomachała dłonią by krwistoczerwony lakier szybciej wysechł na idealnie opiłowanych paznokciach. Spojrzała na niego- miał nieobecny wyraz twarzy- ponownie przeniosła wzrok na paznokcie. Podszedł do niej w dwóch krokach i złapał za szczękę obracając ku sobie.


- Nie patrz tak na mnie! – wycedził a w jego oczach widziała wściekłość.


Shiro zamachała dłońmi i odchyliła się  wyrywając z jego uchwytu. Z mokrymi paznokciami była bezbronna.


- Oszalałeś?!?- potarła wnętrzem dłoni żuchwę.


Pochylił się nad nią blokując ją w fotelu.


Jej samopoczucie osiągnęło stan „przed-wścieklizną”.


- Nigdy więcej tak na mnie nie patrz!- warknął. Całkowicie ją ignorując podszedł do barku otwierając go z hukiem. Obróciła się w fotelu patrząc na niego.


- Tak, czyli jak?!?- też podniosła ton głosu, kompletnie nie rozumiejąc jego zachowania.


Agares był wściekły, prawie kipiał.


- Bezosobowo, bez emocji, jakbym był jakimś pieprzonym klientem! – oskarżycielsko wycelował w nią palec. Kiedy przeczesywał dłonią włosy zauważyła pulsującą żyłę na szyi.


Osłupiała. Dosłownie.


A potem zawładnęła nią wściekłość.


- Czy Ty do reszty rozum postradałeś!?!- zerwała się z miejsca a rozpuszczone włosy zafalowały wokół jej twarzy od energicznych ruchów. Posłała mu wściekłe spojrzenie i z całej siły zatrzasnęła barek prawie przytrzaskując mu dłoń.


Obróciła się na pięcie i poszła do łazienki zamykając z hukiem drzwi za sobą. Usiadła na sedesie chowając twarz w dłoniach próbując się uspokoić. W nerwach praktycznie zdarła z siebie ubranie i weszła pod prysznic.


 


 


***


 


 


Strugi gorącej wody nie przyniosły ulgi, nie ukoiły nerwów.


Założyła dwuczęściowy strój kąpielowy w kolorze morskim. Potem z cynicznym prychnięciem wyrzuciła do kosza na śmieci skąpe bikini, które było „prezentem” od Valgaava.


Spojrzała w lustro na swoje odbicie- włosy miała suche, rozczesane, z morskim materiałem kontrastował się lakier na paznokciach. Uśmiechnęła się do odbicia. Wybitnie fałszywie. Spróbowała jeszcze raz. Potem jeszcze raz i kolejny.. do skutku. Zamyśliła się.


Do rzeczywistości przywróciło ją łomotanie w drzwi.


- Wyjdź.


Westchnęła. Bez słowa przeszła do fotela wiążąc pareo po drodze.


Valgaav przeczesał włosy i spojrzał na nią pochmurnie. Sprawiał wrażenie po prostu zmęczonego.


- Słuchaj, dziś jest druga noc i będzie pewien rytuał.- urwał czekając na jej reakcję. Jedyną oznaką tego, że do niej dotarło było kiwnięcie głową i „ulotnienie się” cynicznego uśmieszku. – dostaniemy pewien koktajl. To obowiązkowy „trunek” – prawie wypluł to słowo- jeśli odmówisz to Cię zastrzelą. Tak po prostu.


Kolejne kiwnięcie głową.


- Jest jedna szklanka na parę- panienki piją tak pro forma, by ich właściciele mieli poczucie, że nie są właśnie truci.


Choć się nie poruszyła, to była czujna i skoncentrowana, jak na odprawie przed akcją.


- Masz tego nie pić. Możesz umoczyć usta czy nawet nabrać do ust i dyskretnie wypluć do szklanki, nieważne. Masz tego nie pić.


Jej brwi powędrowały w górę gdy na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie. Widząc to Agares zniecierpliwiony machnął ręką.


- To że tam naplujesz to będzie nasz najmniejszy problem.


Natychmiast spoważniała


- Co to za koktajl?


- Sekretna dawka psychotropów mająca działanie bardzo podobne do eliksiru prawdy.


Dziewczyna osłupiała na moment.


- I chcesz wypić podwójną dawkę? To szaleństwo.


- Nieprzytomny nic nie powiem. Będziesz zdana na siebie. To dobry układ- rzucił sucho.


Przymknął oczy uciskając podstawę nosa i myślał chwilę.


- słuchaj, bardzo prawdopodobne ,że zaliczę restart systemu. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale zrobię to z premedytacją. Mogę być agresywny, otępiały, napalony, cokolwiek. Twoim zadaniem jest nad tym wszystkim zapanować. Jasne?


Kiwnęła głową.


-Możesz mnie nawet spacyfikować, jeśli zajdzie potrzeba.


Uśmiechnął się przy tym kącikiem ust, choć była pewna, że mówi całkiem serio.


 


To będzie długa noc….


 


 


***


 


 


Rozgrzane słońcem otoczaki trzymały wysoką temperaturę długo po zmroku. Co dziwne „party” nie było na plaży, a w centrum wyspy- przy okazałym domu z jeszcze okazalszym basenem, którego otoczenie było specjalnie wysypane miękkim, białym piaskiem.


Shiro szła uczepiona ramiona Valgaava, w wolnej ręce niosąc błękitne japonki. Ostrożnie stąpała po ciepłych kamieniach. Rozejrzała się po panienkach towarzyszących swoim właścicielom. Sprawiały wrażenie nieco oszołomionych, ze szklanym wzrokiem. Na pewno po koktajlu…


Zwróciła uwagę na ich ubiór. Chyba „prezent” od Agaresa nie był ironiczną zagrywką, bo wszystkie, ale to wszystkie co do jednej prócz niej były praktycznie nagie. Kilka centymetrów kwadratowych materiału nie było w stanie zakryć tego, co zakryć powinno. Więc Shiro w dwuczęściowym kostiumie wyglądała dość pruderyjnie.


Arashino siłą powstrzymała się od gwizdnięcia gdy żona Kosy do nich pomachała. Miała na sobie olśniewające złote bikini i ZDECYDOWANIE wyróżniała się z tłumu.


Z nikąd pojawił się Kosa z tacą na której stały spore kieliszki. Rosjanin podniósł jeden z ostatnich pełnych i podał go Valgaavowi.


Arashi przygryzła lekko koniec języka by pobudzić ślinianki do pracy. Przesunęła dłonią po piersi mężczyzny ,odsłoniętej przez rozpiętą lnianą koszulę z krótkim rękawem, patrząc prosząco.


- Zostaw coś dla mnie- powiedział podając jej kielich. Przytknęła do niego usta przechylając naczynie i dwukrotnie przełknęła zebraną już ślinę. Oddając naczynie zmysłowym ruchem oblizała usta.


Widziała jak Valgaav się uśmiecha lekko patrząc na nią. Miał szklane spojrzenie, ale trzymał prostą postawę, szedł normalnie, choć minimalnie wolniej niż zwykle. Mówienie też nie sprawiało mu trudności, choć mówił mniej niż zwykle, jakby siłą woli nakazał sobie nic nie mówić.


Mimo tego dziewczyna była świadoma, że trzeba go pilnować.


To, że jest wstawiony było widać tylko po jego oczach. I tak wciąż była zaskoczona, że tylko taki efekt jest po sześciu butelkach rumu i wisky pitych na zmianę. Ona by padła pod koniec pierwszej butelki. Twardy zawodnik.


Spojrzała na partnera ,który duszkiem opróżnił kieliszek i oddał go Kosie ze słowami:


- Gdzie jest rum?


Rosjanin roześmiał się głośno, wzrokiem namierzając kolejną osobę do „toastu”.


- Nic się nie zmieniłeś Val-ga-vuu


Shiro nie podobał się sposób wymowy imienia. Typowo rosyjskie przeciąganie zgłosek, jak obelga czy przekleństwo.


- Taka tradycja…- wzruszył ramionami


-Ano fakt. Po lewej przy basenie jest kilka skrzynek się chłodzi. Tylko nie zalej się w trupa Val-ga-vuu- chcę jeszcze z Tobą porozmawiać…


Agares wykonał coś na kształt salutu , na co Kosa odsłonił zęby w okrutnym uśmiechu.


- Miłego wieczoru Saszko, - kiwnął jej głową i odszedł do kolejnej ofiary.


 


Valgaav zachwiał się po raz pierwszy.


- Chcesz usiąść? – zapytała go cicho podpierając swoim ramieniem.


- Nie… muszę jeszcze trochę wypić…


- Tylko spokojnie ,bo padniesz…


Spojrzała na niego zaniepokojona.


- I o to chodzi… - uśmiechnął się do niej kpiąco- nie cykorz Arashi…


Kiwnęła głową nic nie mówiąc.


Podeszli powoli do brzegu basenu i Valgaav usiadł z impetem w wielkim, ratanowym fotelu.


Obok niego fotel był zajęty przez Rosjanina ze szramą na policzku. Jego panienka siedziała u boku fotela wyraźnie wskazując jaką ma pozycję. Agares przybił piątkę z mężczyzną wymieniając pozdrowienia po rosyjsku.


Z drugiej strony partnera Shiro fotel też był zajęty. Jakaś amerykańska piękność ujeżdżała swojego właściciela, gdzie ujeżdżała jest słowem kluczowym. Najwyraźniej publika tylko dodawała im pikanterii. Shiro poczuła się mocno zażenowana, choć była świadoma, że takie coś nastąpi i to prędzej niż później.


Valgaav wskazał jej miejsce na swoich kolanach, które zajęła kładąc się praktycznie na nim i odwracając plecami do zajmującej się sobą pary.


Agares wydał z siebie pomruk aprobaty, władczo ją obejmując. Shiro próbowała skoncentrować się na Rosjaninie na wprost jej wzroku, jednak odgłosy rozpraszały ją. Żałowała, że dźwięki nie można wyłączyć. Przymknęła oczy wsłuchując się w rytm serca mężczyzny. Biło jak oszalałe.


- Przygotuj się na takie widoki. Psychotropy i alkohol zdejmują z ludzi wszelkie hamulce. Zwłaszcza, gdy ma się kogoś na własność. A teraz przeciągnij się i zrób coś co by świadczyło o tym, że właśnie szepczę Ci sprośności od ucha.


Z trudem pohamowała śmiech. Jej szef był chyba niezniszczalny, jeśli w takim stanie myślał tak logicznie.


Objęła jego kark prężąc się na nim i ocierając niczym rasowa kocica. Chłodne opuszki działały na nią tylko zachęcająco. Przejechała paznokciami po jego karku i wycałowała sobie ścieżkę od jego obojczyka do ucha. Słyszała jak wciąga powietrze gdy zacisnęła lekko zęby na płatku ucha.


- Przestań.- wychrypiał. Uśmiechnęła się z satysfakcją wracając na swoje miejsce na jego piersi.


- Jak to możliwe ,że nie jesteś ruda….- wymruczał w jej włosy.


Spojrzała na niego pytająco


- Nie znasz tego? Im bardziej zardzewiały dach, tym wilgotniejsza piwnica…- odparł jakby to była prawda życiowa.


Wtuliła policzek w jego pierś i się roześmiała cicho. Jednak jego rozsądek przegrał walkę z alkoholem i chemią.


 


 


 


***


 


 


 


Pierwszą oznaką, że coś jest nie tak było drgnięcie dłoni Agaresa. Po chwili powtórzyło się to.


Podniosła głowę i zrobiło jej się zimno. W oczodołach mężczyzny błyskały białka gdy źrenica uciekła pod powiekę. Potrząsnęła nim. Czuła jak ogarnia ją panika, a pomimo to starała się nie stracić zimnej krwi. Ponownie nim potrząsnęła. Ktoś złapał ją za rękę.


Spojrzała nieco nieprzytomnie na osobę która ją trzymała- Rosjanin leżący na sąsiednim fotelu patrzył na nią uważnie. Wychylił się lekko trzymając jej rękę i łamaną angielszczyzną z rosyjskim akcentem powiedział:


- To jee normalnu. Za 15 minut ok.


Kiwnęła głową i próbowała się uśmiechnąć.


Rosjanin oparł się o fotel i od niechcenia głaskał po głowie swoją własność.


Po kwadransie Agares „wrócił”.


 


 


***



Rozdział XXVII


Dodano: wtorek, 18 stycznia 2011 17:19:25
Napisano: komentarze [5]


Dedykejszyn- wszystkim czytelnikom.
Rozdział miał być już dawno temu, ale w praniu wyszło jak wyszło.
Ostatnim czasy mam lekki kocioł, zarówno z uczelnią (sesja) jak i z prywatnymi sprawami. Mówiąc brzydko- ostatnio bardzo często zdarza mi się zajebać w akcji.
Do tego dochodzi jeszcze sezon ogórkowy w polskiej lidze- co dla mnie -korektorki na portalu piłkarskim- bywa nieco uciążliwe.
Dziś notka nieco dłuższa niż zwykle.
Ponadto chciałabym stwierdzić, że odnalazłam swoje miejsce na Ziemi, postanowienia noworoczne zostały spisane i są wypełniane konsekwentnie.

Dlatego korzystając z okazji pierwszego w tym roku wpisu życzę wszystkim czytelniczkom by ich postanowienia noworoczne były konsekwentnie wypełnione, a rok był lepszy od poprzedniego.

Pozdrawiam
Autorka

~~~~~~~~~~~~~~~~~~






Rozdział XXVII

Wylądowali na wyspie Kosy a upalne słońce zmusiło ich do założenia okularów przeciwsłonecznych. Ich bagaże zostały wypakowane a oni sami eskortowani pod dach z palmowych liści.
Wystąpił szef ochrony
- Witamy państwa na wyspie pana Kosy. Prosimy oddać wszelką broń do depozytu, a zostanie ona zwrócona.
Agares bez słowa oddał walizkę ze swoim Sig Sauerem. Arashino starała się robić za słodką idiotkę. Wodziła dookoła wielkimi oczami uwieszona na ramieniu Valgaava.
Zaprowadzono ich do ich domku. Gdy tylko dzwi się za nimi zamknęły natychmiast porzuciła ten idiotyczny styl. Jasne było, że przyjechała tu jako jego obstawa a bycie panienką to tylko przykrywka. Bez słowa przeszukała wszystkie pomieszczenia. Agares zrobił to samo i po chwili na migi wspólnie stwierdzili że mają 6 pluskiew.
- Arashi, Słonko, zostaniesz tu chwilę sama?
- A dokąd idziesz?
- Przywitać się z Kosą.
- Dobrze Skarbie.

Teatrzyk odstawiony. Rozpakowała swoją torbę. Nie skomentowała faktu, że jeśli przeszukują to mogliby robić to dyskretniej- To by ich od razu zdemaskowało.
W tym czasie Agares wrócił z dwoma ochroniarzami.
- Coś się stało Kotku?
-Nie, panowie przyszli coś zabrać.
Błyskawicznie zebrano podsłuchy.
- No wreszcie..- porzuciła ton słodkiej idiotki.
- Co, już nie Kotku?- zapytał kpiąco
- Oczywiście ,że nie- roześmiała się- czy ja wyglądam na kogoś kto zwraca się do kogoś per kotku? – uśmiechnęła się lekko- Rozpakuj się, a ja wezmę prysznic przed wieczornym przyjęciem. Kotku.
Złapał jej rozbawione spojrzenie i roześmiał się. Myślał, że będzie stremowana, że będą spali w jednym łóżku, że będą tu dwa tygodnie… Kiedy dziewczyna weszła do łazienki rozsunął drzwi na taras z sypialni i obrócił się by spojrzeć na układ mieszkania.
Duża sypialnia z olbrzymim łożem z moskitierą, panele, salon z bardzo bogato zaopatrzonym barkiem, meble obite kawową skórą… Zamiast kuchni- room service.
Szum wody ucichł i po chwili dziewczyna wyszła ubrana w sukienkę do pół uda na cienkich ramiączkach i z mokrymi włosami. Spojrzała na swoje odbicie w wielkiej toaletce stojącej w sypialni. Złapała w odbiciu wzrok Agaresa przesuwający się po niej i zrobiło jej się gorąco- jakby przeszła przez nią fala ognia.
Obróciła się i spojrzała na niego przekornie.
- Chodź. Muszę Cię przepytać, jeśli mam grać Twoją panienkę- wyciągnęła do niego rękę.
-A nie możemy tu?- poklepał lekko satynową pościel.
- Nie.- oparła dłonie na biodrach- idziemy.
Odwróciła się i wyszła z sypialni. Chcąc nie chcąc podążył za nią do salonu. Podszedł do barku.
- Co podać?
- Malibu z mlekiem.
Przymknęła oczy i usłyszała jak kostki lodu brzęczą o szkło.
- Proszę.
Uniosła powieki i skinęła głową w podziękowaniu za szklankę. Upiła łyk i założyła nogę na nogę.
Usiadł w fotelu naprzeciw niej. Blisko. Gdyby podniósł dłoń z oparcia bez problemu dotknąłby jej nogi.
- Więc co chcesz wiedzieć by dobrze grać moją panienkę?
- Hmm… Ty nie masz do mnie pytań?
- Wiem o Tobie dużo.
- I to Ci wystarczy?
- Musi… ale parę rzeczy mogę się dowiedzieć- mruknął od niechcenia.
Uniosła brew w geście niedowierzania.
- Pytanie za pytanie?
- Bez tabu? – Spojrzał na nią przelotnie
Chwila ciszy.
- Bez tabu.
- No to pytaj.
Rozsiadł się wygodniej i upił swojej whiskey.



***




Trzy godziny później wyszła z łazienki. Dochodziła 21 a za kwadrans zaczynało się przyjęcie powitalne.
Spojrzała na swoje odbicie- nie miała sobie nic do zarzucenia. Przytrzymała się futryny zakładając szpilki.
-Valgaav?
- Tu jestem- odparł stojąc tuż za nią.
- I jak?- obróciła się wokół własnej osi. Oliwkowa suknia do kostek zafalowała a rozcięcie po obu stronach sięgało 1/3 uda. Szpilki, wiązanie materiału na szyi, włosy ułożone w staranny kok, delikatny makijaż.
- No no.. nie mogę Cię nie pochwalić Arashi.
Musiał przyznać sam przed sobą, że gdy chciała to bez problemu osiągała 9/10 w jego rankingu.
Uśmiechnęła się i spryskała delikatnie ulubionymi perfumami. Założył jej biżuterię- na nagie plecy osunął się łańcuszek
- Odważnie..- mruknął
- Przeszkadza Ci to?
- Nie.. wręcz przeciwnie- powiedział całując jej dłoń i ofiarując własne ramię.
Wyszli na ścieżkę kiedy zadała lekkim tonem pytanie
- Dlaczego właściwie ciągle zmieniasz panienki?
- Bo nie trafiłem na taką przy której chciałbym zostać.
Nastąpiła chwila ciszy.
- A Ty? Czemu jesteś sama?
-Bo nie trafiłam na takiego, który spełniałby moje wymagania.

***


- Witam was na mojej wyspie- postawny mężczyzna z głową ogoloną na zero stał na szczycie stołu obejmując dziewczynę o blond trwałej. Kobieta chrząknęła.
- Tak, na naszej wyspie- poprawił się. Blondynka uśmiechnęła się szeroko ukazując olśniewająco białe i równe zęby- Przedstawiam państwu moją żonę. Kochanie?
Kobieta zaczęła piskliwym głosem wymieniać atrakcje przygotowane dla przyjezdnych.
Shiro przestała słuchać i rozejrzała się po zebranych. Część osób miała wręcz „zakazane mordy” , część nieprzeniknione maski. Spojrzała na towarzyszące im kobiety. Tylko jedna wyglądała na w miarę ogarniętą, reszta na typowe puste lalunie. Choć pozory mogą mylić.
U innej zobaczyła zamaskowane sińce. Spojrzała na jej partnera- rusek ze szramą na lewym policzku. Zatrzymał na niej swój wzrok. Posłała mu lodowate spojrzenie. Agares objął ją ramieniem szepcząc do ucha „zachowuj się”.
Zmusiła się do wybitnie nieszczerego uśmiechu. Nienawidziła damskich bokserów.
- Możesz mi nałożyć sałatki?- spytał Valgaav uśmiechając się kpiąco. Przeniosła swoją uwagę na niego i wymownie spojrzała na porcelanową miskę która stała praktycznie przed nim.
Sięgnęła po salaterkę i bez słowa nałożyła mu sałatki na talerzyk.
- I jeszcze pieczywo…
Prawie warknęła. Posłała mu spojrzenie typu „doigrasz się” i podała mu pieczywo cedząc „proszę” przez zaciśnięte zęby.
Agares dobrze się bawił. Odgarnął kosmyk który wysunął się jej z upiętego koka i pogłaskał po szyi.
W przelocie złapała spojrzenie jakiejś kobiety , więc uśmiechnęła się do niego kładąc mu rękę na udzie i wbijając w nie paznokcie uśmiechnęła się jeszcze promienniej. Dostrzegła lekkie drgnięcie jego szczęk – czyli go zabolało. Cofnęła rękę i wyszeptała:
- Nie pogrywaj ze mną.
Wstał i wyciągnął ku niej dłoń. Bez słowa pociągnął ją za sobą i wyszli na parkiet. Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie. Zaskoczyło ją jak dobrze się czuła. – To twój szef- upomniała się w myślach. Z dyskretnie umieszczonych kolumn sączyła się wolna piosenka. Znad jego ramienia obserwowała otoczenie- część par tańczyła, część jeszcze jadła, Kosa rozmawiał z jakimś facetem a jego kobieta wodziła dookoła zaciekawionym spojrzeniem.
- Co to miało być, co?- zapytał przesuwając opuszkami od jej karku wzdłuż kręgosłupa.
- Upomnienie Cię, że przeginasz- odparła muskając ustami jego ucho. – Będziesz miał pamiątkę- zaśmiała się cicho wtulając w jego ramiona. Uśmiechnęła się mściwie do siebie.
- Zaraz ja Ci zrobię pamiątkę…- musnął nosem bok jej szyi- Chcesz?- zapytał całując lekko jej żuchwę.
- Nie- odparła.
- Czemu? Przecież do wyjazdu zejdzie…- zszedł ustami nieco niżej.
- Pomyślmy… hmmm.. nie. – przymknęła oczy. Lekkie kąsnięcie w szyję ją otrzeźwiło.
Spojrzała na niego i nieco się odsunęła.
- Wyjdźmy stąd. Źle się tu czuję. Zaraz moja gra aktorska runie.
Bez słowa udali się w stronę parku okalającym posiadłość. Zrobiło tak wiele par.
Zatrzymali się na małej polance z trzema rzeźbami i fontanną przy wyjściach. Kwintesencja kiczu. Valgaav usiadł na murku zwięczającym fontannę. Naga kobieta o idealnej figurze trzymała dzbany z wodą, która przelewała się do zbiornika. Wyciągnął do dziewczyny rękę.
- Chyba kpisz- uśmiechęła się cynicznie ignorując wyciągniętą do niej dłoń.
Za nimi na polanę wyszła inna para, powoli obchodząc rzeźby. Mężczyzna coś mówił do kobiety gestykulując a ta mu przytakiwała.
Agares spojrzał znacząco na swoją partnerkę i ponowił ruch dłonią. Chcąc nie chcąc podeszła do niego i usiadła na jego kolanach.
Zaklęła cicho. Dopóki druga para tu będzie musi dobrze się zachowywać.
- Widzisz Arashi, jak chcesz to potrafisz być bardzo grzeczna…
- Tylko dlatego, że muszę…
Odtrąciła jego rękę głaszczącą ją po szyi. Przesunęła palcem po jego czole, zafascynowana obserwowała jak muska brwi na mocno wysuniętym wale brwiowym. Zjechała po prostym nosie i zakręciła przez policzek na mocno zarysowaną szczękę i przesunęła powoli na jego usta. Pocałował lekko jej palec patrząc jej w oczy.
Westchnęła.
- Wszyscy faceci są tacy sami…
- To znaczy?
- Wystarczy pokazać kawałek ciała i każdy może być twój. Jesteście jak zwierzęta, które zdobędą zabawkę, pobawią się nią i porzucą- chciała wstać ale złapał ją za rękę i z impetem posadził z powrotem. Druga para wciąż kręciła się po polanie.
- No i?- zapytał. Nie drgnął mu nawet mięsień gdy przyznawał jej tym rację.
- Widzisz, nie rozumiesz…
Przerwał jej całując. Odruchowo go odepchnęła, a druga para przerwała rozmowę i spojrzała na nich zdziwiona. Zareagowała natychmiast łapiąc Valgaava za włosy i bez pardonu przyciągając do siebie. Syknął gdy wyrwała mu pasno. Pocałowała go namiętnie, lekko kąsając. Usłyszała cichy śmiech za plecami i parka się wycofała z polany. Ponownie odepchnęła mężczyznę i wstała zostawiając go samego. Wróciła do ich domku.


***



Wyszła z łazienki ubrana w satynową koszulkę do pół uda. Podeszła do drzwi tarasowych i je rozsunęła, a chłodne powietrze owiało ją wywołując gęsią skórkę. Potarła przedramiona. W pomieszczeniu panował półmrok. Na zewnątrz ocean odcinał się od horyzontu ledwie widoczną różnicą odcieni.
Doszedł ją zapach whiskey a po chwili cichy brzęk kostek lodu.
- Lewa strona łóżka jest moja. Spróbuj się dostawiać, a będziesz spał na podłodze- rzuciła w przestrzeń.
-Zrelaksuj się trochę…
- Jak mam się zrelaksować skoro się tak zachowujesz?
Weszła do łóżka nawet na niego nie patrząc.

***


Obudziła się w środku nocy. Nie widząc kiedy przytuliła się do swojego szefa. Poruszyła się lekko opierając policzek o jego pierś. Od razu zasnęła, ledwie rejestrując głaskanie po głowie.
Valgaav nie spał- spojrzał na nią zamyślony a potem ponownie przeniósł wzrok na sufit z ciemnych belek i na cicho brzęczący, leniwie obracający się wentylator. Było niesamowicie parno. Otwarte na oścież drzwi tarasowe nie wpuszczały nawet lekkiego wiatru a jedynie dzięki wieczornemu ochłodzeniu dało się jakoś leżeć. Spali okryci prześcieradłem.
Zamyślił się.. chyba po raz pierwszy spał z kobietą a z nią nie „sypiał”. Co więcej- to ona traktowała go jak poduszkę, nie na odwrót. Pionowa zmarszczka pojawiła się na jego czole gdy ściągnął brwi w zamyśleniu. Przysunął nos no niej i powoli wciągnął powietrze. Jej skóra miała słoneczny zapach, harmonizujący się z kawowym żelem pod prysznic. Wyglądała naprawdę niepozornie, oplatając go udem, z kosmykiem wilgotnych włosów przyklejonym do policzka.
Stwierdził, że oszalał. Trzyma kobietę w ramionach. Naprawdę oszalał. Co on wyprawia.. dlaczego myśli o niej w kontekście łóżka? Natychmiast spróbował myśleć czymkolwiek innym, ale ziarno ciekawości zostało zasiane w jego umyśle. Czuł jak wbrew sobie przestawia się na instynkt zdobywcy. Miał ją na dystans a teraz nagle chce ją mieć, zdobyć, posmakować.. zobaczyć kiedy mu ulegnie. Wiedział ,że to wyrachowane z jego strony, a jednak będzie próbował. Przymknął powieki obmyślając plan.


***


Otworzyła oczy i spojrzała na ocean w pierwszych promieniach słońca widoczny przez otwarte drzwi tarasowe.
Obróciła głowę – drzwi do salonu były zamknięte. Leżała na środku łóżka przykryta prześcieradłem. Przeciągnęła się cicho mrucząc. W taki dzień ciężko nie mieć dobrego humoru, nawet jeśli kładła się delikatnie mówiąc zdenerwowana. Sturlała się z łoża i rozsunęła białe hawajskie drzwi. Lekko zawiązała byle jak narzucony szlafrok z satyny niewiele dłuższy od koszulki z którą stanowił komplet.
Na widok Agaresa w hawajskiej koszuli uśmiechnęła się pod nosem. Usiadła w poprzek fotela przerzucając nogi przez oparcie i ponownie przeciągnęła się. Rozczochrała jeszcze bardziej i tak splątane włosy i przetarła dłonią po oczach dobudzając się.
Valgaav obserwował jak w tak sztucznych warunkach ona jest całkowicie naturalna. I co go zaskoczyło- to fakt, że po prostu przyszła sobie tak na wpół śpiąca, prosto z łóżka, sto procent naturalności. Był przyzwyczajony do tego że dziwki jak tylko się obudzą od razu idą do łazienki by „odstawić się na bóstwo” zanim on otworzy oczy i je zobaczy.
Bez słowa wstał i przesunął bliżej wózek z jedzeniem. Zdjął metalowe pokrywy i natychmiast doszedł ją zapach śniadania, ale wcześniej podał jej kubek kawy idealnie przyrządzonej. Pół na pół z mlekiem i dużo cukru… Od niechcenia wstała i otworzyła drugie drzwi tarasowe. Stanęła w progu i przymknęła oczy upijając łyk. Zdała sobie sprawę, że ktoś się zbliża. Równomierny odgłos biegu po żwirowej ścieżce był coraz wyraźniejszy. Valgaav też musiał to usłyszeć bo podszedł do niej ze swoim kubkiem i objął ją w pasie opierając o siebie.
Zupełnie naturalnie oparła się o niego plecami nie spuszczając wzroku znad oceanu. Upiła łyk delektując się smakiem i ciszą. Chwilę później obok ich domku przebiegł Kanadyjczyk w dresie i po kiwnięciu Agaresowi pobiegł dalej. Upiła kolejny łyk przesuwając wzrokiem po okolicy.
- Cztery kamery- wyszeptała w kubek dopijając kawę i odstawiając go na parapet. Sięgnęła ręką za siebie lekko wodząc paznokciami po jego karku.
- A dziś poszukamy reszty na wyspie..- urwała kiedy zabrał jej dłoń. – Nie lubisz?- spytała cicho.
Obrócił ją przodem do siebie i przytulił wodząc dłonią po jej plecach. Stali na wprost monitoringu i mieli świadomość, że są obserwowani.
Wyszeptał jej prosto do ucha:
- Lubię. Aż za bardzo.
Spojrzała na niego unosząc brew i się roześmiała. Zupełnie naturalnie wysunęła się z jego objęć i biorąc kubek z parapetu przeszła do garderoby.

***


Godzinę później, po śniadaniu spacerowali po wyspie trzymając się za ręce. Wyspa choć nie była porażających rozmiarów to jednak była zagospodarowana rozsądnie, tak ,że mieli odrobinę prywatności. A przynajmniej takie złudne wrażenie , którego byli świadomi.
Przy posiłku dostali informację, że wieczorem odbędzie się hawajskie party na plaży. Kosa pochodził z Rosji więc fakt, że wódka będzie lała się strumieniami był bardziej niż pewny.
Nie obyło się między małych złośliwości między nimi- pryskaniem wody gdy spacerowali brzegiem, czy rzucaniem w siebie muszelkami. W końcu taki był ich styl bycia.
Kiedy w połowie „spaceru” napotkali gospodarza idącego na pole golfowe Agares wyciągał z włosów Shiro pojedyncze nasiona dmuchawca którego przed chwilą na nią wydmuchał. Dziewczyna stała spokojnie obejmując go w pasie i uspokajając oddech po wcześniejszej „ucieczce”.
- Agares! Szto robicie tak wcześnie?
- Kosa, znowu masz coś nie tak z zegarkiem? Południe zaraz jest.
Valgaav roześmiał się gdy podchodzili do właściciela. Mężczyźni uścisnęli sobie przedramiona co Shiro przypominało „tajne” pozdrowienie dzieciaków na podwórku. Uśmiechnęła się pod nosem.
- Twoji bialogłowa?- podniosła oczy na Rosjanina i zrobiło jej się zimno. Dwa sople lodu wwiercały się w nią świdrując na wylot i zadając kłam dobrodusznej postawie.
- Jaka tam białogłowa Vasilij… trochę lepsza od pozostałych.
Bezceremonialnie położył dłoń ja jej karku jakby była przedmiotem a drugą ręką klepnął w jej biodro jasno sugerując w czym może być lepsza.
Obaj wybuchli śmiechem
Kosa pomachał palcem jakby karcił przedszkolaka.
- Nu, ja Valgaav widzial. Wy gruchacie jak gołąbki.
Agares odsłonił zęby w uśmiechu, który Shiro wydał się po prostu drapieżny. Wciąż milczała.
- Vasilij, to nie ja mam żonę…- urwał jakby niedomyślnie.
Kosa również wyszczerzył zęby w identycznym uśmiechu.
- Czego oczy nie widzą…- Rosjanin sugestywnie poruszał brwiami
- Tego uszy nie słuchają- Valgaav władczo objął dziewczynę w pasie jasno wskazując czyja to własność.
Na ten gest gospodarz roześmiał się.
- Nu, już dobrze. Przecież nie zabiore Ci Saszki. – powiedział i „dobrotliwie” poklepał Shiro po policzku.
- Wdzięczny będę. Tak samo jak za sprzątnięcie naszego domku. Chyba po powrocie ze spaceru nie muszę ponownie sprawdzać go, co Kosa?- Agares beztrosko rzucił pytanie.
- A masz powód by tak się tego czepiać?- zawoalowana groźba przebijała się z jego tonu.
- Kosa Kosa… - uśmiechnął się Valgaav ponownie uśmiechem psychopaty- tylko ja mogę słyszeć jej jęki i błagania…- z głosu przebijały się stalowe nuty. Shiro jak na komendę się zarumieniła.
Gospodarz uniósł ręce w obronnym geście.
- Da, da… Twoja to Saszka, zrozumiałe. Wieczorem żona organizuje „party” –powiedział z wyraźnie rosyjskim akcentem- przyjeździe.
- Będziemy.
Ponownie uścisnęli sobie ręce. Kosa odszedł w kierunku pola golfowego.
Shiro spojrzała uważniej na Agaresa.
Na skroni lekko pulsowała mu żyła, widoczna również na boku szyi.
Dziewczyna uświadomiła sobie ,że ona to widzi, ale rozmówca nie, że widoczna jest z jej perspektywy. Przez myśl przeszło jej że już wie czemu szef nosi dłuższe włosy.
Objęła go w pasie i poczuła przez cienką koszulę jak mokre ma plecy. Był zdenerwowany i nie było wątpliwości, że to zasługa Kosy.
Bez słowa ruszyli w dalszy spacer, dochodząc do plażowego baru gdzie Agares wziął szklankę whiskey. Shiro spojrzała na niego i zamówiła to samo. Agares poczekał na nią i ruszyli dalej przez kamienistą plażę w kierunku klifów. Usiadł na jednym z nich opierając się plecami o skały i wskazał Shiro miejsce na swoich kolanach. Posłusznie usiadła tyłem do wiatru, pozwalając by gwałtowne podmuchy szarpały materiał. Oko kamery natychmiast skierowało się w ich stronę. Zastanawiała się czy nie ma tu mikrofonów, ale doszła do wniosku, że szum fal i wiatr i tak wszystko zagłuszają.
Valgaav powoli pił ze swojej szklanki, choć dziewczyna dałaby sobie odciąć pół warkocza, że gdyby mógł to by wypił zawartość szklanki duszkiem. Gdy opróżnił naczynie kostki lodu wciąż połyskiwały na dnie. Od niechcenia podała mu swoją szklankę. Przyjął, ale odstawił obok upijając raptem łyk. Przytuliła go mocno i zaskoczył ją fakt jak wtulił policzek w jej szyję. Ale przecież to gra. To musiała być gra. Cały ich pobyt na wyspie jest grą.
Wypuścił zrezygnowany powietrze i poczuła jak napięcie z niego schodzi gdy mięśnie się rozluźniły.
- Pytaj. Masz pewnie masę pytań- z niechęcią powiedział półgłosem w jej szyję.
W głowie dziewczyny pytania kłębiły się walcząc o prawo bycia pierwszym.
- Kim jest Sasza?- zapytała wreszcie odgarniając mu włosy z czoła.
- Była. Saszka była z Kosą. Ale Kosa to Kosa, więc miała w końcu dość tego jak ją traktuje, jego zdrad.. poprosiła mnie o pomoc- uśmiechnął się z czymś na kształt żalu w oczach- a ja nie umiałem odmówić. Kosa ją udusił, mnie się oberwało i dostałem zapewnienie, że kiedyś on to sobie odbije. Minęło dziesięć lat od tamtych wydarzeń. Wciąż się z Kosą „przyjaźnimy” choć to bardziej biznes niż przyjaźń. Tak czy owak widmo jego słów jest wciąż aktualne. Pochodzi z Rosji. Tam takowe zapewnienia są traktowane bardzo poważnie.
Wzruszył ramionami patrząc w ocean.
Shiro nie poruszyła się o cal, ale coś zniknęło z jej oczu.
Dziwne, ale jakoś nie było jej go żal.



***



Rozdział XXVI


Dodano: niedziela, 5 grudnia 2010 17:51:38
Napisano: komentarze [7]


No więc trzeba się wytłumaczyć...
Cóż mogę powiedzieć- przez studia nie wyrabiam się praktycznie z niczym, do tego mam kilka rzeczy związanych z kibicowaniem.
Na ostatnim meczu myślałam, że zamarznę, ale na szczęście się obyło bez tego ;)
Awansowaliśmy, wyszliśmy z "grupy śmierci" więc szykuje się wyjazd w lutym. Trzeba oszczędzać fundusze.
16 grudnia wyjeżdżam na mecz do Salzburga, więc nie należy się spodziewać notki w grudniu. (jeśli będzie to tylko cudem)

Jest mi niezmiernie miło, że są jeszcze osoby, którym zależy na regularnych notkach i przypominam- im więcej będziecie mi "truć" tym szybciej te notki będą dodawane ;)

To chyba tyle z informacji ogólnych.
Pozdrawiam i zapraszam do czytania.
Autorka.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


~
Rozdział XXVI


Siedziała na sofie w salonie i powolnymi ruchami szczotkowała wilgotne włosy by były idealnie proste, mechanicznie powtarzając ruch i błądząc myślami gdzieś daleko.
Z racji późnej pory z głośników cicho sączyła się spokojna muzyka.
Shiro zmarszczyła brwi próbując zrozumieć o co chodziło jej szefowi w słowach „bądź gotowa”. Odłożyła szczotkę i dopiła herbatę. Czas się kłaść.
Spokojną atmosferę przerwał ostry dźwięk telefonu. Na wyświetlaczu zamigotało „Agares”.
- Tak?- odebrała zaskoczona
- Shiro, gdzie ty się podziewasz?- jego rozdrażniony głos odbijał się w jej podświadomości.
Zamrugała. W pamięci przeleciała wszystkie możliwe okazje do tego tonu.
-Tak?- zapytała ostrożnie
- Za pół godziny bankiet, a Ciebie nie ma!- jej szef był wściekły.
Zesztywniała. Chwila ciszy z jej strony. Przecież bankiet miał być za tydzień.. była tego pewna! Głowę by dała…Jak mogła się pomylić?
- Będę za 10 minut rzuciła w słuchawkę i rozłączyła się. Otworzyła okno.
- Mika!
Ze stróżówki wychylił się chłopak.
-Ścigacz. Teraz.- wydała polecenie.
Zrzuciła szlafrok i w dwóch susach znalazła się w garderobie. Szybko założyła bieliznę i czarny skórzany kombinezon przeznaczony na akcje. Do plecaka wrzuciła szpilki i sukienkę modląc się by jedwab mocno się nie pogniótł. Wiedziała, że do pracy ma daleko, ale liczyła że o 23 nie będzie zbyt dużego ruchu. Będzie musiała gnać na złamanie karku i to nie zatrzymując się na światłach…
Wybiegła z domu, jej ścigacz już na nią czekał.

***


Wpadła do szatni 23:10. Agares czekał opierając się o ścianę.
- Przepraszam szefie, nie wiem jak mogło mi się tak pomylić- rzuciła w przelocie mijając go i wpadając do kabiny. Wyszła ubrana i po 5 minutach była gotowa łącznie z makijażem.
O dziwo jej szef nie wydawał się być zły. Milczał.

- Gdzie reszta?- zapytała nerwowo zakładając kosmyk za ucho
- Nie ma reszty. Jesteśmy sami- odparł a w jego oczach zamigotało rozbawienie.
-Ale..- była wyraźnie zbita z tropu.
-Arashi, misja jest za tydzień.
- Ale..- jej zmieszanie zastępował powoli gniew. Połapała się już, że ją wrobił.
- Dziś- przerwał jej- jedziemy w pewne miejsce.
Podał jej ramię.
Zacisnęła usta i przyjęła rękę. Wiedziała, że im mniej będzie pytać, tym szybciej się dowie o co chodzi.
-Wyglądasz zjawiskowo- wyszeptał jej to ucha otwierając przed nią drzwi od samochodu.

Miała na sobie sukienkę z ciemnozielonego ręcznie malowanego jedwabiu. Bez ramion, w pasie przewiązana opalizującą szarfą. Prosty, lejący się materiał zakrywał czarne sandałki na szpilce.

W milczeniu dojechali do restauracji. Słyszała o niej. Flowers of Mandragora była znanym lokalem wśród elit. Shiro nigdy tam nie była z racji niechęci do takich miejsc.
Agares podał kierownikowi Sali nazwisko, czego wymagał protokół i zostali zaprowadzeni do ich stolika. Arashino obserwowała jak kilka młodych i pięknych kobiet na widok Valgaava zaczerwienia się. Kilka innych, równie pięknych, zbladło. Zacisnęła usta. Mogła się tego spodziewać po takim lokalu. I co, ma teraz grać jego kolejną zdobycz czy co?

Usiadła w grobowej ciszy świadoma ilości oczu w nią wlepionych.
Poczekała aż mężczyzna zajmie miejsce naprzeciw niej a kelner bez słowa rozleje wino do kieliszków. Wzięła od drugiego kelnera menu w dłoń i przyjrzała się pozycjom. Gdy zostali sami nie podnosząc wzroku zapytała:
- Wyjaśnisz mi zaistniałą sytuację szefie?
-Nie tak oficjalnie Arashi…- nawet nie zerknął do karty, za to intensywnie wpatrywał się w swoją podwładną. Zaczęło ją to denerwować. Odłożyła kartę i natychmiast pojawił się kelner. Przyjął od niej zamówienie a następnie od Valgaava.
- Więc?- zapytała gdy kelner odszedł
Agares bez słowa wsunął dłoń do kieszeni marynarki i wyciągnął małe pudełeczko. Położył na stole i przesunął je w stronę dziewczyny aż zatrzymało się przy jej dłoni.
Wręcz czuła wzmożenie się intensywności wzroku na swoim karku, doszły do niej szepty ludzi. Zignorowała to. Rzuciła szefowi poirytowane spojrzenie i jednym ruchem otworzyła pudełeczko. Brylanty zamigotały odbijając się w jej oczach a z ust wyrwało ciche „och”. Agares z satysfakcją obserwował jej reakcję.
Przesunęła opuszkami po kolii. Była piękna. Wysadzana brylantami, białe i czarne oszlifowane diamenty układały się w subtelny i roziskrzony wzór. Jeszcze raz przesunęła po idealnych kamieniach i zatrzasnęła wieczko. Odsunęła je do Valgaava.
- Nie mogę tego przyjąć.
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Przecież Ci się podoba.
-Zgadza się.
- Więc dlaczego?
- Po prostu nie mogę. To byłoby niewłaściwe. Musiała kosztować majątek.
- Raptem parędziesiąt tysięcy odparł beztrosko wzruszając nonszalancko ramionami.
Uśmiechnęła się lekko. W takim układzie suma była sześciocyfrowa.
Agares beztrosko przerzucił biżuterię na dłoń jakby to była zawartość paczki M&Msów i podszedł do niej zapinając prezent na jej karku.
- To prezent- mruknął- trzy lata jesteś z nami…
Gdzieś w głębi sali jakaś kobieta wybuchnęła płaczem. Do Shiro to nie docierało.
- Ale nie…
- Tak Arashi. Równo trzy lata temu zobaczyłem Cię u Coopera. A to dowód uznania za dotychczasową współpracę.
Ponownie przesunęła opuszkami po dekolcie.
- Skoro tak stawiasz sprawę…
Agares usiadł na swoim miejscu i spojrzał na nią z zadowoleniem. Była już rozchmurzona. Zastanawiał się jak jej powiedzieć o misji…



***



Wydłubał ślimaka z muszli i spojrzał na towarzyszkę. Brała w dłoń kolejną ostrygę i specjalnym nożem otwierała muszlę.
- Za tydzień jedziemy na dwutygodniową misję- wypalił.
Przekręciła za mocno nóż i jedzenie w małych kawałkach spadło na jej talerzyk. Spojrzała na wapienne resztki i sięgnęła po następną sztukę. Miała świadomość, że tu nie może mu zrobić awantury. Ba, nawet wyjść przed końcem posiłku nie może.
W ciszy ją obserwował czekając na reakcję.
Mimika czy ruchy były bez zmian… ale wiedział, że gdyby podniosła na niego oczy to nie miałyby odcienia jak niebo po burzy tylko jak ocean przed sztormem. Zero litości.
- Złożyłam wniosek urlopowy- głos jej drżał od tłumionych emocji. Wciąż nie podnosiła wzroku znad talerza.
- A ja go odrzuciłem dziś rano. Jesteś mi potrzebna- odparł cicho.
Skończyła znęcać się nad ostatnią ostrygą i przepłukała dłonie w miseczce z wodą i cytryną. Wytarła dokładnie w płócienną serwetkę i sięgnęła po kieliszek z winem.
- Miałeś to zaplanowane? Najpierw wmanewrowanie mnie w kolację w TYM lokalu, potem prezent w postaci kolii, ta gadka o uznaniu a na koniec informacja ,że mój wyjazd europejski pójdzie się jebać, bo Ty masz dla mnie jakąś misję?- spytała cicho beztroskim tonem.
- Wyrażaj się..- urwał gdy podszedł kelner zbierając talerzyki przystawkowe.
- Nie, nic nie było zaplanowane. – ujął jej dłoń leżącą na stole i lekko przycisnął do ust. Z Sali słychać było kilka „ochów”.
Spiorunowała go wzrokiem.
- Bez takich szopek mi tu… wciąż tu siedzę tylko ze względu na Twoją reputację.
- Wiem- westchnął i puścił jej dłoń robiąc miejsce kelnerowi ,który właśnie przyniósł ich główne dania.
- Zrozum ,że firma jest ważniejsza niż prywatne sprawy kogokolwiek z nas.
Spojrzała na niego zrezygnowana.
- Wiem- cała wściekłość uciekła przegrywając ze zdrowym rozsądkiem- to co to za misja?- zapytała w końcu.
Upił łyk wina
- Lecimy na wyspę Kosy. Żeni się i zjeżdża się tam śmietanka handlarzy z całego świata z kobietami towarzyszącymi.
- I ja mam robić za Twoją dzi…partnerkę?- zmieniła wypowiedź pod wpływem jego spojrzenia.
- Obiecuję, że będę się zachowywał w miarę cywilizowanie- uśmiechnął się kącikiem ust i spojrzał jej w oczy wyzywająco.
- Więc czemu nie weźmiesz jakiejś panienki?- odwzajemniła przekorne spojrzenie. Widać było, że wracał jej dobry humor.
- Bo musiałbym ją później zabić?- odparł pytaniem na pytanie- poza tym biorąc pod uwagę zbieraninę osób jaka tam będzie- będziesz moją ochroną. We dwoje prędzej wyjdziemy z ewentualnej zasadzki, a Tobie łatwiej będzie wyciągnąć informacje od towarzyszących panienek.
- I nici z dwóch tygodni opalania się…- uśmiechnęła się do niego.
Spojrzała na niego przeciągle- może zamiast deseru się przejdziemy po parku? – zapytała wodząc palcem po nóżce pustego kieliszka od wina.
Agares wstał i podał jej ramię
- Bo jeszcze pomyślę, że ze mną flirtujesz…- wyszeptał jej do ucha.
Zarumieniła się lekko, ale hardo spojrzała mu w oczy odpowiadając- jestem po pracy.
Zaśmiał się cicho otaczając ją ramieniem w pasie.
Wyszli przez taras i zeszli po schodach. Ramiona Shiro momentalnie pokryły się gęsią skórką, a oddech zmienił w obłok pary. Wcześniej krążąca w niej adrenalina nie pozwalała odczuć temperatury otoczenia.
Valgaav zdjął marynarkę i założył na jej ramiona. Wsunęła ręce w rękawy i pomachała końcami zwisającego materiału.
- Jak kaftan bezpieczeństwa- roześmiała się z komizmu sytuacji i otuliła marynarką, która sięgała jej prawie do kolan. Wciągnęła zapach mężczyzny i momentalnie poczuła jak przechodzi przez nią fala gorąca. Chłód nocy wydawał się nie robić na nim żadnego wrażenia.
Splotła ręce na piersi przytrzymując poły marynarki blisko ciała, a Agares obejmował ją w pasie. I tak spacerowali.


***


- Mam do Ciebie prośbę – powiedział w pewnej chwili.
- Hmm?- spojrzała na niego pytająco.
- Mów mi szefie tylko w pracy. Poza nią zwracaj się do mnie po imieniu, ok.?
Uśmiechnęła się lekko i wyciągnęła dłoń
- Arashi
Uścisnął ją i lekko potrząsnął
- Valgaav.
Oboje się roześmiali.
- Trzy lata…- dziewczyna się zamyśliła- kiedy to minęło…
- Nie mam pojęcia. Mam wrażenie, że to przedwczoraj zobaczyłem Cię u Coopera. Błękitny bezrękawnik i jeansy, rozczochrane włosy i smuga smaru na policzku. Błyszczące oczy. Strzelałaś jakby to była najważniejsza rzecz w Twoim życiu.
Wbiła wzrok w ścieżkę chcąc ukryć rumieniec. Nie widziała, że tak dokładnie to zapamiętał. Ona nie miała pojęcia co on wtedy miał na sobie.
Mimo później nocy oboje mieli szampański humor.
- Półtorej roku temu było szkolenie…
- A kilka miesięcy później Twoje pierwsze zlecenie. Wiesz ,że to był test?
- Tak? Domyślałam się, ale pewna nie byłam…
Ponownie się zamyśliła, pamiętała to dokładnie.
Jakiś kongresmen.
Miała go zdjąć z dachu. Spędziła bezsenną noc i przez to omal nie spudłowała. Musiała posłać drugą kulę by go dobić. I wiedziała, że nie może tam zwymiotować. Czując żółć w gardle zebrała dwie łuski, rozmontowała broń i ją zapakowała. Zbiegła po schodach przeciwpożarowych. Po chwili pędzące radiowozy minęły nastolatkę w okularach przeciwsłonecznych, która robiła balony z gumy do żucia. Nikt nie zwrócił uwagi na futerał na gitarę na jej plecach. Kluczyła w celu zgubienia ewentualnego ogona. Po trzech godzinach wróciła do bazy wymiotując dwukrotnie po drodze. Nikt o tym nie wiedział.

- Gorsze było zadanie przy sądzie najwyższym- wydusiła po chwili.

Miała po tym niesamowite koszmary. Valgaav, czterech ludzi i ona. Późnym wieczorem wychodzili z gmachu sądu najwyższego, boczna uliczka. Jakiś narkoman chciał okraść Agaresa. Bardzo źle trafił. Przyciskał mu nóż do gardła a otaczało go pięciu ludzi z wymierzoną w niego bronią.
Valgaav wiedział, że czekają tylko na rozkaz strzału. I celowo powiedział wtedy „Shiro”.
Krótkie polecenie. Wyrok.
Sekundę później pociągnęła za cyngiel strzelając w potylicę. Jak radziecki żołnierz.
Agares otrzepał marynarkę i ruszył do samochodu. Trzech ludzi sprzątało zwłoki. Arashi odeszła pod najbliższy budynek i po opadnięciu na kolana pozwoliła by żołądek wywrócił się jej na drugą stronę. Podszedł do niej Northon z butelką wody. Postawił obok i rzucił „za pięć minut masz dojść do siebie”. I odszedł.

- Dobrze się wtedy spisałaś.- Agares wyrwał ją z zamyślenia. Kiwnęła głową.
- Dlaczego wtedy mnie wybrałeś?- chciała znać odpowiedź.
- Test. Czy dasz radę. Poza tym chłopcy musieli zobaczyć, że nie zawiedziesz. Że mogą Ci powierzyć życie na akcji. Ponownie kiwnęła głową.
- Robi się późno. Odwieziesz mnie do domu?
- Naturalnie.

***


Chwilowe zawieszenie broni .. patrzył jak odchodzi w stronę kamienicy. Pewna złośliwa i wyrachowana część niego śmiała się opętańczo. Uśmiechnął się pod nosem i odjechał.


Rozdział XXV


Dodano: niedziela, 19 września 2010 11:10:38
Napisano: komentarze [10]





Skręciła w najbardziej niebezpieczną dzielnicę miasta i zaklęła w myślach gdy Land Rover wjechał w wielką dziurę w asfalcie. Po chwili asfalt zastąpił żwir, a ona skręciła w bramę. Zatrzymała się na środku podwórka i z ulgą otworzyła drzwi. Owiało ją chłodne powietrze. Była wykończona. Oparła się o bok samochodu i spojrzała w rozgwieżdżone niebo. Dochodziła 23 a ona słaniała się na nogach. Po raz pierwszy w życiu miała ochotę zapalić papierosa. Skarciła się w myślach – to niezdrowe. Po sekundzie się roześmiała z absurdalności swoich wniosków. A co jest zdrowe? Dzień w dzień mogą ją zastrzelić jak zwykłą kaczkę, a ona się martwi szkodliwością palenia…Absurd.
- Pani Shiro?- chichy głos z ciemności.
- Tak?
Z mroku wyłoniła się postać chłopca, może ośmioletniego. A może był starszy, ale z braku właściwego odżywiania wyglądał na mniejszego i słabszego.
Cały jego lewy policzek zajmował wielki fioletowy siniec. Miał na sobie dresy, pewnie przetarte na kolanach i stare buty. Mimo listopadowego chłodu miał na sobie tylko koszulkę z krótkim rękawem.
- Gdzie Twoja bluza?
Wymamrotał odpowiedź.
-Słucham?
- Zaczynała się awantura więc wyszedłem jak stałem- powtórzył nieco głośniej.
Kiwnęła głową na znak ,że rozumie i nagle bardzo mocno zapragnęła papierosa.
- Do której masz wartę?- zwróciła się do malca. Jej mały bojownik. Jej żołnierz, zahartowany w biedzie, w domowym piekle. Jeden z wielu. Stoi na warcie. Dla niej. W listopadową noc. Z jej rozkazu.
- Do piątej pani Shiro. Potem zmienia mnie Alisha.
Ponownie kiwnęła głową. Wiedziała, że przy bramie jest małe pomieszczenie. Kiedyś była tam stróżówka. Dawno temu, jak było to porządne osiedle. Potem była to melina, którą kazała oczyścić. Małe brudne okienka były idealne do obserwowania ulicy i wjazdu. Każdy zbliżający się pojazd był widoczny jak na dłoni. Każdy samozwaniec, który zapuścił się w te rejony. A gdyby jakiś żul próbowałby tam ponownie zrobić melinę wystarczyłby jeden sygnał od wartownika by zbiegła się „ekipa pacyfikacyjna”. Tu prawo stanowiła Shiro. Z korzyścią dla wszystkich.
- Jaki raport?
- Był listonosz, poczta jest pod pani drzwiami. Kręcił się też przez chwilę biały minivan po ulicy, ale po kwadransie pojechał dalej. Był też komornik w B12, a pomoc społeczna odwiedziła kamienicę C. Byli z gazowni sprawdzić czy jest tu bezpiecznie, chyba chcą odłączyć gaz w całej kamienicy A.
- Wystarczy- przerwała mu notując w myślach by przekupić kogoś z gazowni- masz listę?
- Tak pani Shiro. –Malec podał jej kartkę ze skrótem informacji.
- Dobrze się spisałeś. U mnie w garażu jest koc. Możesz go pożyczyć i się nim ogrzać na warcie. Tylko nie zaśnij.
- Dobrze. Dziękuję- chłopiec uśmiechnął się. Ruszyła do siebie.



***




Weszła do mieszkania. Wspinaczka na samą górę kosztowała ją sporo sił. Myślała ,że padnie na pyszczek. Stanowczo potrzebuje urlopu. Otworzyła lodówkę- jak zwykle pusto. Z zamrażalnika wyciągnęła jedną z wielu mrożonych pizz. Zerwała folię i wstawiła mrożonkę do mikrofalówki. Rzuciła okiem na etykietę „pizza z pieczarkami”. Może być. Dzień jak co dzień.



***


Podpierając czoło ręką dziubała widelcem w swojej kolacji. Odłożyła sztuciec i odsunęła talerz. Ponad połowa pizzy zostanie odgrzana jutro po pracy.
Wykąpała się i usiadła z kubkiem herbaty w swoim ulubionym fotelu. Zbliżały się rozgrywki europejskie, a bardzo chciała na nich być. Już raz musiała z nich zrezygnować- miała poprawki z sesji więc nie pojechała na mecz do Turynu. Bardzo nad tym ubolewała. Więc chciała tam być- na trybunie, w barwach, stojąc 90 minut i zdzierając gardło na dopingu.
Z trzaskiem zatrzasnęła organizer. Dochodziła pierwsza, a rano trzeba wstać. Przeszła do sypialni i położyła się, z lubością się przeciągając. Przytuliła się do poduszki i w przeciągu chwili zasnęła świadoma ,że za murami ktoś czuwa na warcie by mogła bezpiecznie spać.



***



- Dziękuję Minie. Było fantastyczne- Valgaav odsunął pusty talerz. Kobieta o twarzy w kształcie serca okolonej rudymi lokami uśmiechnęła się ciepło. Northon zebrał puste talerze i poszedł z nimi do kuchni po drodze całując żonę w policzek. Po chwili zmywarka chicho pracowała. Agares odruchowo wyciągnął cygaro i spojrzał na kobietę. Ta posłała mu karcące spojrzenie i pogroziła palcem.
- Ni się waż. Chcesz palić to w gabinecie Bobbiego, nie tu.
- Naturalnie Minie- uśmiechnął się rozbrajająco. Czoło kobiety wypogodziło się i uśmiech ponownie rozjaśnił jej twarz. Na policzkach utworzyły się dwa delikatne dołeczki. Wyszła do kuchni i wróciła z tacą ciasta, podała ją mężowi mówiąc:
- Idźcie do swojego królestwa chłopcy, zanim dom mi zadymicie.
Northon ujął tacę i cmoknął żonę w czoło mamrocząc coś o aniołach.
W oczach minie zamigotało uczucie, ale żartobliwie trzepnęła męża ścierką w pośladki i wyganiając go do gabinetu.
- Uuuuaaaa… kobieto, to wieczorem. – rzucił mężczyzna ze śmiechem. Minie roześmiała się puszczając mężowi oczko. Mimo, ze byli małżeństwem i mieli dzieci to wciąż ich miłość była świeża jak na początku. Agares przyglądał się temu uważnie, ale też z zadowoleniem. Cieszył się szczęściem przyjaciół, którzy traktowali go jak rodzinę. Zamyślił się na chwilę. Dla nich to było takie naturalne… dla niego niezwykłe.
Przeszli do gabinetu. Tam Northon postawił ciasto na zawalonym papierami biurku. Valgaav podszedł do barku i rozlał do szklanek alkohol. Podał jedno naczynie przyjacielowi. Ten upił łyk i ugryzł kawałek ciasta. Prawie zamruczał gdy okruszki z szarlotki spadły na dokumenty. Agares również wziął ciasto.
- Jak to możliwe, że z roku na rok wypieki Minie są coraz cudowniejsze? Przecież to niemożliwe.
Młodszy mężczyzna roześmiał się.
- Co Cię dręczy?- rzucił beztrosko. Wiedział, że jego przyjaciel nieczęsto przyjmował zaproszenie jego żony na obiad czy kolację. Agares wziął jeszcze jeden kawałek ciasta i dopiero wtedy odpowiedział:
- Za miesiąc poprowadzisz firmę pod moją nieobecność. Przypilnujesz asystentki Arashino, czy daje sobie radę etc. Tak by nas nie zasypały zamówienia- roześmiał się- jadę do Killera. Żeni się. – prawie wypluł to słowo- No i zabieram Shiro ze sobą. We dwoje prędzej wyjdziemy z zasadzki niż pojedynczo.
Northon zaśmiał się i pociągnął łyk.
- Na długo?- zapytał rozbawiony.
- Dwa tygodnie. –Bobbie znów parsknął śmiechem.
- Co Cię tak bawi?- Agares poprawił się w fotelu.
- Nie mówiłeś jej jeszcze, prawda?- odparł pytaniem na pytanie
- Nie. Skąd wiesz?
Ciemnowłosy odchylił się do tyłu i rozbawiony obserwował przyjaciela. Agares sięgnął po kolejny kawałek ciasta.
-Bo dziś wychodząc z pracy była zmęczona, potwornie zmęczona, ale w dobrym humorze. Od tygodnia o niczym innym nie mówi jak o rozgrywkach Ligi Europejskiej. I gdybyś choć trochę interesował się sportem to też byś o tym wiedział.
Ręka Agaresa zamarłą z ciastem w połowie drogi do ust.
- O cholera. Zapomniałem.- przyznał.
- No właśnie. A misja w tym czasie sukcesywnie niszczy jej plany. Bądź tak miły i poinformuj ją jak nie będzie mnie wtedy w polu rażenia. Nie chcę oberwać rykoszetem- rzucił pół żartem racząc się wypiekami swojej Pani.



***


Rozdział XXIV


Dodano: czwartek, 2 września 2010 12:40:47
Napisano: komentarze [6]


Słowo odautorskie:

Trzymajcie za mnie kciuki- mam kampanię wrześniową i wierzę mocno ,że uda mi się ją zaliczyć. Wrzucam notkę i idę się uczyć.
No i pokornie proszę o komentarze.
Starałam się zgodnie z radą Kostuchy wrzucać trochę więcej opisów- z perspektywy widzę, że faktycznie wtedy jest lepiej.

Co do samej historii- wczoraj zrobiłam sobie ponowny szkic fabularny- zajmuje mi 15 punktów, więc conajmniej 15 rozdziałów jeszcze przed nami. Szkic będę na bieżąco uzupełniać, więc pewnie wyjdzie dużo więcej, kto wie? ;)

A teraz zapraszam do czytania ;)
Pozdrawiam
A.Shiro


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Rozdział XXIV






Siedziała na wprost rozmówcy w sali konferencyjnej. Podniosła wzrok znad umowy i posłała mu chłodne spojrzenie. Jego szczęki zacisnęły się mocno a siedzący za nim asystent położył dłoń na kolbie broni. Odchrząknęła cicho a jego szef rzucił słowo po koreańsku. Dłoń natychmiast wróciła na kolano. Agares siedział za nią i znudzony patrzył się w sufit lekko kołysząc w fotelu, kompletnie niezainteresowany rozmową. Ewidentnie starał się sprowokować Koreańczyków. Jej obserwację przerwało pukanie- weszła jej asystentka z tacą zastawioną filiżankami z kawą i herbatą. Co za dziwne czasy, asystentka ma własną asystentkę. Prawda jest taka, że zaczynała nie wyrabiać się z obowiązkami- tymi oficjalnymi- bo te z drugiej działalności wypełniała w stu procentach. O mały włos zawaliła semestr na uczelni- wybroniła się na warunek. I była z tego powodu rozedrgana jak szarpnięta struna. Nie chciała rzucić uczelni- nie zrobi tego. Spojrzała na asystentkę. Była od niej starsza- przekroczyła trzydziestkę, miała upodobanie do wiktoriańskich strojów. Nawet w jej garsonce było coś mrocznego. Na szyi migotał delikatnie gotycki krzyż. Nie by była religijna- po prostu uwielbiała go. Shiro pozwoliła sobie na chwilę odpłynięcia- to taki rytuał. W przerwie na herbatę, w trakcie negocjacji to ona zakończy czas przerwy- klienci muszą się dostosować.
Agares ją obserwował, czuła na karku jego oceniające spojrzenie, natomiast wzrok starszego Koreańczyka wędrował po jej nogach widocznych przez szklany blat. Kiwnęła głową kobiecie i ta opuściła pomieszczenie. Uśmiechnęła się delikatnie- jej asystentka miała krótkie włosy i była przeciętnej urody. Ale podobnie jak ona, była najlepsza z najlepszych.
Pamiętała długie godziny które spędziła na analizowaniu kandydatów i wykreślając z listy kolejne nazwiska.
I w końcu została ona i jeden mężczyzna.
Agares stwierdził, że nie chce mężczyzny jako asystenta asystentki. Więc wybrał kobietę. Wtedy też wymusiła na nim obietnicę, że nie będzie próbował jej zaliczyć. Szef rzucił okiem na jej zdjęcie w cv. Pięć, może sześć- stwierdził wtedy- nie mój typ.
Shiro doskonale wiedziała o czym mówi. Była niezmiernie ciekawa ile ona ma w jego skali. Uśmiechnęła się do wspomnień.
Spojrzała na rozmówcę i natychmiast spoważniała.
- Więc- przerwała ciszę- panie Nyn’Yu dlaczego mielibyśmy przyjąć pańską ofertę?


***



Ukłoniła się lekko. Za Koreańczykami zamknęły się drzwi. Spojrzała za nimi a gdy miała pewność, że gdy się odwróci nie dostanie kulki między łopatki wróciła do gabinetu szefa. Dochodziła pierwsza. Agares siedział za biurkiem i przyglądał się mapie miasta na szklanej tablicy.
- Dobrze się spisałaś- rzucił nie odwracając wzroku od tafli szkła.
- Dziękuję. Nadal nie rozumiem dlaczego sprzedajemy im broń. Do tej pory nie uzbrajaliśmy gangów w naszym mieście- to wywoła chaos, a broń do nas wróci w postaci kul w ciałach.
Valgaav uśmiechnął się.
- Podejdź tu.
Wykonała polecenie i spojrzała na tablicę. Podał jej zielony pisak i polecił:
- Zaznacz na mapie wpływ Changa i Triady.
Zaznaczyła obszar Chinatown i urwała w połowie z głośnym „och”. Spojrzała na niego zaskoczona.
Agares podchwycił jej wzrok. Zrozumieli się bez słów. Jego podwładna miała niesamowity umysł. Prawie widział jak trybiki w jej głowie formułują pytanie.
- Ale co później? Jak Nyn’Yu przejmie władzę to tu wróci. Dzisiejsza szopka roiła się od subtelnych obelg. Będzie żądny zemsty.
- Więc zanim do tego dojdzie zajmiemy się nim. I zapanuje pokój na świecie- rzucił jej rozbawione spojrzenie i dopił kawę. Był w niesamowicie dobrym humorze- wszystko się fantastycznie układało. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to za pół roku, najpóźniej za rok będzie miał czysto na podwórku.


***




-Shiro?
Obie z asystentką jak na komendę się wyprostowały. Ich szef chodził jak duch- bezszelestnie.
- Tak?
Odłożyła raporty ,które właśnie skończyła segregować. Szef opierał się o futrynę ubrany w płaszcz.
Podeszła do niego z podkładką do notowania, którą od niej wziął. Przejrzał papiery i złożył zamaszysty podpis. Oddał jej dokumenty.
- Idziesz na lunch?
Spojrzała na zegarek.
- Tak, zaraz będę wychodzić.
Kiwnął głową wyraźnie na nią czekając. Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie i wzruszyła ramionami. Wróciła do biurka i przekazała jakiś rękopis asystentce z poleceniem przepisania. Zabrała żakiet z oparcia i płaszcz. Znów była jesień.



***



Uniosła pierożek i odczekała chwilę, aż brązowy sos przestanie z niego kapać. Po czym wsunęła go do ust. W jednej dłoni miała pałeczki, drugą wertowała kalendarz. Jej prywatny organizer.
W przytulnej chińskiej knajpce omawiali ściśle tajne, nielegalne akcje. Morderstwa, handel bronią… dzień jak co dzień.
Agares zabrał jej wolumin i zatrzasnął go.
- Masz przerwę na lunch. Odpocznij trochę, albo będę Cię musiał wysłać do grupy wsparcia dla pracoholików- rzucił rozbawiony.
- Przychodzisz niewiele później ode mnie- pogroziła mu pałeczkami uśmiechając się lekko i upijając łyk z czarki.- I kto tu jest pracoholikem?- odparła zaczepnie.
- Dlaczego przychodzisz tak wcześnie?- zapytał pochylając się do przodu z kieliszkiem wina w ręce.
Nie odpowiedziała od razu. Powoli wzięła kolejnego pierożka nadziewanego krewetkami i umoczyła go w sosie hoi-sin. Zjadła, upiła łyk herbaty i odparła:
- Nie lubię siedzieć w domu, no i celebruję poranki.
- No dobrze, a życie prywatne?- kolejne pytanie zadane lekkim tonem, jakby rozmawiali o pogodzie. – nie chcesz znaleźć męża, urodzić dzieci?
Czerwone światło rzucane przez wiszące pod sufitem lampiony stwarzało prywatną, niemal intymną atmosferę. Bardzo łatwo można zapomnieć, że jest się na lunchu z szefem a nie na kolacji z mężczyzną z przelotnego romansu. Przytłumiona muzyka, ciężkie story na oknach zadawały kłam aktualnej godzinie. Szczęk talerzy przy stoliku za brokatowym parawanem przywrócił ją do rzeczywistości.
Rzuciła mu ostre spojrzenie.
- Znajduje to się grzyby po deszczu. I nie, nie mam w planach męża, a już na pewno nie dzieci.- powiedziała oschle.
Zapadła cisza. Valgaav jakby nad czymś intensywnie myślał- między jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka, dodająca mu tylko uroku. Wreszcie jakby wahając się zadał kolejne pytanie:
- Dlaczego zdecydowałaś się nie mieć prywatnego życia?- widać było, że próbuje to po prostu zrozumieć, ale dla niej to było stanowczo za dużo.
- Dość. Nie baw się w psychoanalityka. Nie wychodzi Ci- to są moje prywatne sprawy i nic Ci do tego- warknęła.
Odchylił się na krześle mierząc ją chłodnym pojrzeniem.
- W porządku- nie spodobał się mu ton jej głosu- skoro nie chcesz rozmawiać pozostaje mi tylko wydawać Ci polecenia.- uśmiechnął się wręcz okrutnie i dodał: - Więc na wieczór zamówisz mi panienkę. Z górnej półki i taką której jeszcze nie miałem- rzucił uśmiechając się wrednie. Spojrzała na pierożki i odłożyła pałeczki. Odechciało jej się jeść.
- Sam sobie zamów. To nie ma nic wspólnego z pracą.
- Jesteś moją osobistą asystentką. A to obejmuje też sprawy prywatne.
Gładko przełknęła gorzką pigułkę.
- O 18 będziesz miał tę swoją cizię.
- Tylko pamiętaj by sprawdzić jej kwalifikacje- chcę najlepszej. – Uśmiechnął się wyzywająco.
- Nie martw się, sprawdzę. Kto wie, może mają też panów do towarzystwa?
Jego uśmiech nieco przybladł. Wreszcie triumfowała. Nie ośmielisz się- mówiło jego spojrzenie.
Rzuciła na stół banknot i wstała pakując kalendarz do torby.
Sprawdź mnie- mówiła jej postawa. Wyszła.
Agares jednym haustem dopił wino. Również położył banknot na blat i wstał.
Najbardziej z tej sytuacji byli zachwyceni kelnerzy- nieczęsto mają takie napiwki.


***



Rozdział XXIII


Dodano: wtorek, 24 sierpnia 2010 09:12:38
Napisano: komentarze [6]


Wyjaśnienie- rozdział pojawia się tak szybko ponieważ u nas w Poznaniu istnieje zwyczaj, że osoba mająca urodziny przynosi do szkoły/pracy cukierki(coś innego). Podejrzewam, że wam cukierki nie przypadłyby do gustu, tak więc jest urodzinowy rozdział. A więc czytajcie ;)

A.


~~~~~~~~~~~~~~~~

Obudziła się zmęczona i z jakiegoś powodu rozgoryczona. Nie chciał jej. Dlaczgo? Przecież nie jest małą dziewczynką, wiedziała co robi. I alkohol nie ma tu nic do rzeczy- była świadoma swoich czynów. A on jej nie chciał.
Popatrzyła smutno na kolekcję broni na ścianie w sypialni urządzonej w stylu japońskim.
Wypastowana podłoga w kolorze mahoniu błyszczała w świetle porannego słońca. Ściany otoczone przez mahoniowe listwy były niedostrzegalne zza ryżowego papieru. Dzięki sprytnie zamaskowanej technice na frontowej ścianie znajdowała się pokaźna kolekcja broni białej. I ukryte przejście do trzeciego pokoju.
Wstała z materaca i odsunęła miękką tkaninę przysłaniającą otwarte na oścież drzwi balkonowe. Machinalnie powiodła wzrokiem po dachach. Skrzywienie zawodowe.
Cofnęła się po szlafrok i zawiązując czarną satynę wyszła na skąpane w słońcu płytki. Oparła się o balustradę i spojrzała w dół. Na środku podwórka stał stary polonez toczony przez korozję, a spod niego wystawały dwie pokaźne nogi w dresie i adidasach. Samson od samego rana grzebał w swoim złomie. Podniosła wzrok na garaże- grafitti prezentowało się jeszcze okazalej- o ile to w ogóle możliwe. Dobiegł ją cichy pisk z głębi mieszkania- to przełącznik czasowy włączył ekspres. Zaraz będzie miała kawę, co oznacza, że wczoraj zapomniała go wyłączyć. Dziś wzięła wolne. Miała to zaplanowane od tygodnia. Spotka się z ludźmi, odpręży trochę. Zapomni o wczorajszej akcji.
Smutek zastąpił gniew.
Dlaczego jej nie chciał?
Bo był jej szefem? Jakoś nie działali na tych zasadach po pracy. Poza tym- praca jakoś nie przeszkadzała mu posuwać panienki z batalistyki- ich policyjnej wtyczki. Myślał ,że o tym nie wie? Nawet się z tym nie krył. Więc dlaczego do jasnej cholery?!?
Była dla niego za brzydka? Za mało seksowna? Bo na pewno nie za głupia.
Odżyła w niej wczorajsza frustracja.
Jej wzrok zrobił się zimny. Zęby mimowolnie zacisnęły się, podobnie jak dłonie na barierce.
Coś w niej pękło.
Dobra, chce pogrywać? Proszę bardzo. – weszła do środka wyłączając budzik, który za minutę zacząłby piszczeć.- Nie chce jej, nie będzie jej miał. Udowodni mu, że ma czego żałować.
Podeszła do ściany i przekręciła ukryty mechanizm- odsunęła papierową ścianę a w ceglanym murze pokazała się szczelina. Uchyliła przejście i weszła do środka zapalając nagą żarówkę. Małe pomieszczenie 1,5m x 2m w zupełności jej wystarczało. Po prawej stał pancerny sejf, na nim jeszcze jeden. Otworzyła górny i wyciągnęła Sig Sauera z pudełka. Delikatnie otworzyła komorę sprawdzając czy mechanizmy nie potrzebują czyszczenia. Metaliczny szczęk i zapach smaru dowiódł ,że wszystko chodzi gładko i z satynowym poślizgiem. Odłożyła broń obok pełnych magazynków i zamknęła pojemnik. Wsunęła go do sejfu i zatrzasnęła. Otworzyła dolny sejf- Był prostszy od poprzedniego- składał się z trzech półek. Na górnej leżały równo ułożone stosy krajowej waluty, na środkowej stosiki dolarów i euro. Na samym dole ważne dokumenty. Wzięła plik z górnej półki obiecując sobie ,że przed południem pójdzie na zakupy ,które od dawna odwlekała w czasie. Zatrzasnęła stalowe drzwi i wyszła z pomieszczenia nie zagłębiając się w dalszą część. Po chwili przejście było znów niewidoczne dzięki imitacji starego spoiwa. Shiro była bardzo drobiazgowa- każdy szczegół musiał być wykonany z największą precyzją.
Przeszła przez salon, który robił też za jej gabinet i rzuciła zwitek na biurko. Nie zatrzymując się skierowała się ku kuchni. Kawa była gotowa.

***

- Gdzie jesteś?- natarczywy głos szefa świdrował w słuchawce. Zmarszczyła brwi.
- Na torach łuczniczych- odparła wahając się nad odpowiedzią. Przecież celowo dziś wzięła wolne!
- Gdzie?- nie dawał za wygraną psując jej humor.
- Wysyczała adres i się rozłączyła.
Prychnęła i z irytacją włożyła telefon do kieszeni.
- Szef?
Spojrzała na mężczyznę.
-Tak, szef.
Lekki uśmiech zamigotał w oczach bruneta, za to jego mimika nic się nie zmieniła. Przypominał jej tym pracodawcę.
- Na czym skończyliśmy?- zapytała odrzucając warkocz na plecy
- Na tym, że masz krzywo ręce.
Spojrzała na niego przekornie i podniosła wyżej rękę z łukiem. Wzięła oddech i spięła mięśnie.
- Dalej cała latasz.
- Od lat nie strzelałam- warknęła.
Przetarła dłonią po karku.
- Rozluźnij się i ustaw od nowa.
Ustawiła się.
- Dobrze?
- Nie.
- To mnie popraw- mruknęła bardziej do siebie niż do niego.
Mężczyzna spojrzał na nią i stanął za jej plecami. Kładąc ręce na jej biodrach lekko przesunął je do przodu. Naciskiem na ramiona ściągnął łopatki kobiety. Ruch opuszek ustawił rękę w prawidłowym położeniu do barków i całej sylwetki.
- Teraz jest dobrze- usłyszała jego szept przy swoim uchu. Kiedyś jej serce by zadrżało, teraz tylko przywołało to stare wspomnienia. Jej pierwsza miłość- jakoś po krótkim zauroczeniu nie potrafiła być mu przyjaciółką. Ograniczyła maksymalnie kontakt z nim.
Dreszcz przeszedł jej po ciele, a on poprawiał ją w tak opanowany sposób ,że nic nie mogła mu zarzucić.
- Ściemnia się- stwierdziła zdając sobie sprawę z otaczającej ich szarości. Ostatni łucznicy wyszli dwie godziny temu.
Nałożyła strzałę i wciąż czując jego dłoń na biodrze oddała strzał. Głuchy odgłos uświadomił ich ,że trafiła. Mimo, że opuściła rękę. Nie było widać tarczy w gęstniejącej mgle.
- Rozluźnij się… - ustami musnął jej szyję otaczając ramionami jej biodra. Obróciła się w tym uścisku.
- Nie jesteś z tą swoją tamtą, prawda?- zapytała cicho muskając ustami okolice jego żuchwy.
- Rozstaliśmy się rok temu…
- Nie wybaczę Ci, że wtedy mnie nie chciałeś…
Ustami drażniła się z jego wargami jakby walcząc o dominację w pocałunku.
- Obudziłaś mnie z letargu..
- A Ty mnie nie chciałeś- dokończyła za niego.
- Do diabła..- mruknął całując ją zachłannie- miałaś 17 lat. Niecałe.
- Nie wiesz ile by mi to oszczędziło …- wysunęła się z jego uścisku. Wiedziała, że go rani.
- Czy to zemsta?
- Nie, Władco Świata.
Odwróciła się i ruszyła do wyjścia z torów łuczniczych. Smakował tak samo jak kiedyś. Pamiętała to doskonale. Dotknęła opuszkami ust i zobaczyła Agaresa. Stał oparty o bok samochodu i patrzył na nią. Jego oczy rzucały gromy, czuła jego furię. Westchnęła podchodząc do niego.


***


W milczeniu jechał przed siebie, nie zważając na przepisy, prędkość czy pierwszeństwo. Zaciśnięte do granic możliwości szczęki i żelazny uścisk dłoni na kierownicy zdradzał jego furię.W myślach wyrzucał sobie swoją głupotę.
Był stary a głupi. W tej branży działał od dawna, a wciąż momentami reagował impulsywnie.
Nie mógł uwierzyć, że wzięła wolne z powodu jakiegoś japonisty, którego nawet nie obchodzi, że ona odchodzi. Szalała w nim wściekłość.
Zerknął na nią kątem oka- siedziała obok i od niechcenia patrzyła za okno. Pomadka, którą wcześniej rozmazano była na swoim miejscu a jedynie lekko opuchnięte wargi zadawały i kłam rzeczywistości. Gniewnie spojrzał na prędkościomierz i przyspieszył mimo, że wskazówka przekraczała 110 mil/h. W terenie zabudowanym.
Usłyszał jej westchnięcie. Wiedział, że nie ma prawa się wściekać. Ona zdecydowanie nie jest jego własnością. A mimo to szlag go trafiał, choć był świadomy, że zachowuje się jak pies ogrodnika.
- No i o co się wściekasz?
Rzucił jej gniewne spojrzenie
- Nie wściekam się.
Pełne niedowierzania prychnięcie o mało nie spowodowało wypadku. Zjechał na pobocze przy cmentarzu i przesunął wzrok po światłach zniczy zawieszonych w szarej mgle. Utkwił w niej lodowate spojrzenie.
- Masz się z nim nie zadawać. To polecenie służbowe- rzucił pierwsze co mu przyszło na myśl. W ułamku sekundy ,zaobserwował z satysfakcją, jak na jej twarzy pojawia się rumieniec gniewu.
- Co?!? Dlaczego?!!
- Ponieważ pracuje dla japońskiej korporacji ,która jest przykrywką dla yakuzy, a z nimi się nie zadajemy.
- Nonsens! Jest wykładowcą, znam go!
-Uważasz ,że znasz dane operacyjne lepiej niż ja?- wycedził ignorując jej podniesiony głos.
-Nie, ale…- w zdezorientowanym spojrzeniu widoczna była nuta paniki.
- Więc nie dyskutuj. Równie dobrze mogę go odwiedzić i zastrzelić. Zaplusuję u Koreańczyków. Mam to zrobić?- zapytał napastliwie przekręcając kluczyk w stacyjce.
- Nie!- krzyknęła łapiąc go za dłoń w której miał klucze i opierając się o niego, jakby jej masa w jakikolwiek sposób mogła go powstrzymać. Zaśmiał się w duchu widząc strach w jej oczach. Taaak… ona dbała o swoich przyjaciół, ale on był królem blefu. I wiedział jak manipulować.
- Nie rób tego- wyszeptała
Rumieniec gniewu zastąpiła nagła bladość. Przez chwilę zastanawiał się czy nie padnie mu tu, ale najwyraźniej zahartowała się na akcjach.
- Niby dlaczego?- zaśmiał się cynicznie. Wiedział, że jest już górą.
- Bo…- rozpaczliwie szukała argumentu- bo to mój znajomy…- wyszeptała z nadzieją w oczach czepiając się tego jedynego argumentu. Zaczął się śmiać na całe gardło.
Czysty, głośny śmiech. Piękny i przerażający.
Pochylił się nad nią wciskając ją w fotel.
- Mam Ci opowiedzieć ilu własnych przyjaciół zabiłem? O tym jak wyeliminowałem własną rodzinę?
Napastliwy ton głosu wbił ją w siedzenie. Patrzyła na niego coraz większymi oczami za to on wyładowywał na niej swoją wściekłość. Czuł się usatysfakcjonowany naciskiem na nią. Nagle jakby paraliżujący strach ją opuścił a złość rozlała się po żyłach.
- Nie , nie zrobisz tego!- podniosła głos, ponownie się rumieniąc i szarpiąc jego koszulę.
- Jesteś tego pe..- urwał gdy zachłannie go pocałowała. Nie dbała o to co on sobie pomyśli- właśnie daje mu kolejny powód do żałowania, że jej nie chciał. Odwracając jego uwagę ocali znajomego. Jedynie rozszerzone źrenice Agaresa zdradzały jego zaskoczenie kiedy go całowała z całą pasją, zaborczo i brutalnie.
Krew zaśpiewała mu w żyłach, momentalnie oddał pocałunek walcząc o dominację.
Opór jej warg nagle zniknął ustępując pustce. Patrzyła mu hardo w oczy.
- Nie zrobisz tego- wyszeptała z naciskiem w jego usta. Spojrzała na niego po raz ostatni i wysiadła z samochodu. Przeszła szybko przez bramę cmentarza i zniknęła pomiędzy alejami.
Valgaav wypuścił powietrze. Smakowała namiętnością, głodem.. Rozkoszował się tym smakiem jak kubkiem najlepszej kawy. Jej temperament rozbudzał w nim większe pożądanie i to jednym pocałunkiem niż najgorętszy towar z burdelu i to przez całą noc. Wyciągnął telefon i nacisnął klawisz.
- Tak?- w tle słychać było płacz dziecka.
- Bobbie, dzwonię nie w porę? Co powiesz na szybką kolejkę?
- Mały płacze, poczekaj sekundę.
Rozległy się dźwięki z otoczenia, co wskazywało na zestaw głośno mówiący.
- Ten mały ma płuca- mruknął Valgaav krzywiąc się
- Co mówiłeś?- głos Bobbiego przepełniało roztargnienie- Ćcciiiiii , no kochanie, bądź grzecznym synkiem…- kiedyś Agares by parsknął śmiechem. Teraz przyzwyczaił się, że jego najlepszy i jedyny przyjaciel ma rodzinę. Momentami mu tego zazdrościł.
On miał tylko dziwki i alkohol.
-Bobbie.. pytałem co powiesz na kolejkę.
- No… dzielny kawalerze, przestałeś płakać? Tak? – radosny głos Northona i brak wrzasków oznaczał, że osiągnął on cel w uspokojeniu pierworodnego.- Tak stary druhu, wyskoczę na szybkiego tylko czekam aż Minie wróci z apteki, za chwilę powinna być.
- To 20?
- Ok., będę. – głos zrobił się rzeczowy, by ponownie przejść w rozanielony gdy zwracał się do syna.
Valgaav rozłączył się kiedy tylko usłyszał zwrot do „Wielkiego Wojownika”. Uśmiechnął się pod nosem.



***



Klepnięcie w ramię oznajmiło mu, że kompan się pojawił. Northon usiadł obok i dłonią potarł oczy. Widać, że miał zarwane kilka nocy.
- I jak z młodym?
Northon uśmiechnął się czekając ,aż barman naleje mu szklankę szkockiej.
- Lepiej. Leki działają i młody nie szaleje.
_ A Minie?
- Zmęczona. Masz od niej pozdrowienia i zaproszenie na obiad.
Umilkli sącząc alkohol.
- Jak ją poznałeś?
- Oj Val… opowiadałem Ci to milion razy. I po pijaku i na trzeźwo. Wiesz, że razem studiowaliśmy ekonomię..
- Nie pytam o to. Chodzi mi o to ,skąd wiedziałeś ,że ona to ona. No wiesz… ONA.
Northon spojrzał na niego kompletnie zaskoczony.
Facet, który zawsze wyśmiewał istnienie miłości nagle się pyta jak ją rozpoznać… wypił zawartość szklanki i gestem wskazał barmanowi by mu nalał nową porcję. Dopiero wtedy odpowiedział na pytanie.
- Na początku nie wiedziałem. Była moją koleżanką, razem się uczyliśmy, łaziliśmy, spędzaliśmy mnóstwo czasu. Zawsze trzymała się na uboczu- ja też. Więc trzymaliśmy się razem. A później umówiła się z jakimś gościem, który się założył z innym ,że ją zaliczy. Więc kiedy zobaczyłem jak ją całuje to nie wytrzymałem i wysłałem go na OIOM. Na początku była na mnie wściekła i chodziłem jak struty pies. A później dowiedziała się od kogoś prawdy i do mnie przyszła. I była absolutnie cudowna. Nadal jest.
W chwili ciszy jego zamglony wzrok zrobił się zainteresowany.
- A co? Jakaś Ci się opiera i mylisz to z miłością?
- Nie do końca.. właściwie to sam nie wiem.
Northon ryknął śmiechem aż barman podskoczył.
- No nie mów…- otarł łzę rozbawienia- Dawaj.
- No bo myślę co ona może czuć…
- No nie wierzę… Wielki Valgaav Agares poskromiony…- chichotał na całego
- Bobbie…
- Już już… - uniósł dłonie w obronnym geście wciąż się dusząc ze śmiechu.



***



Rozdział XXII


Dodano: piątek, 20 sierpnia 2010 09:55:36
Napisano: komentarze [4]


Dedykejszyn- dla tych wszystkich, którzy czekali.
Wiem, że notki nie było bardzo bardzo długo. W tym czasie sporo się działo, po meczu z Rosenborgiem był dwumecz z Interem Baku, a następnie dwumecz ze Spartą Praga- ten niestety przegraliśmy odpadając z rozgrywek.
Był też mój debiut- wyjazd na PE do Płocka na mecz z Jagą. Naprawdę niezapomniane wspomnienia i emocje.
Za to w poniedziałek wróciłam z obozu sportowego, który musiałam zaliczyć by zaliczyć rok na uczelni. Trzeba przyznać, że miałam już dość codziennego pływania w jeziorze niezależnie od pogody czy lodowatej wody pod prysznicami, ale i tak muszę przyznać z łapką na sercu, że było fantastycznie. Choć momentami czułam się zmęczona, jakbym była na szkoleniu Commadna, a nie obozie sportowym ;)
Mam też swój prywatny sukces- mimo przeciwności mojego organizmu przepłynęłam maraton pływacki- dwa kilomentry przez jezioro. Było to kolejne przesunięcie własnych ograniczeń i jestem z siebie niesamowicie dumna.

Co do notki- pojawia się w niej wątek z moich ulubionych tematycznie opowiadań- jestem bardzo ciekawa czy uda się wam go odnaleźć. Tak czy owak- zapraszam do czytania.

Pozdrawiam

A. Shiro

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Rozdział XXII





Słyszała jak wchodzi do łóżka i kładzie się obok. Nie otwierała oczu. Nawet nie drgnęła gdy odgarnął jej włosy z karku i położył na poduszce obok. Dalej leżała na brzuchu do połowy przykryta zmiętym prześcieradłem. Musnął dłonią skórę za jej uchem by przesunąć opuszkami po jej plecach wzdłuż kręgosłupa. Przyjemny dreszcz w okolicach krzyża. Jego włosy załaskotały ją w policzek.
- Masz gęsią skórkę- stwierdził fakt.
Uwielbiała jego głos. Niski, tajemniczy, trochę apodyktyczny, wielotonowy… Przewróciła się na plecy wciąż nie unosząc powiek. Prześcieradło zsunęło się na podłogę. Opuszki z jej szyi zjechały na obojczyk by później wodzić po jej piersi i brzuchu. Nie pytała co tu robi. Nie przeszkadzała jej ani jej nagość ani fakt ,że on ją dotyka.
Po omacku odnalazła jego głowę i przysunęła do swojej szyi- syknęła gdy lekko ją ugryzł, natychmiast łagodząc ból językiem. Przesunęła dłonią po jego barkach a następnie plecach. Wyczuwała blizny- każda miała swoją historię.
Zrobił jej malinkę.
- Szef mnie zabije- mruknęła
- Ja. Nim. Jestem. – odparł pomiędzy pocałunkami składanymi na jej dekolcie.
- Zawsze chciałam to zrobić- wyszeptała przyciągając go mocno do siebie i wbijając paznokcie w skórę na łopatkach. W odpowiedzi dostała pełen aprobaty pomruk.
Otworzyła oczy. Na zegarku dochodziła czwarta rano. Owinęła się kołdrą i obróciła na drugi bok. Sen był tak realistyczny… nadal prawie czuła jego smak i zapach na skraju percepcji.
Jęknęła i stwierdziła w myśli, że potrzebuje faceta.


***


Dodrzemała do piątej trzydzieści i zaczęła codzienny rytuał:
Prysznic, kawa, garsonka, makijaż, kluczyki. Śniadanie w drodze. I kolejny dzień w pracy. Potem powrót, kolacja z mikrofalówki, prysznic, herbata i spać.
Można umrzeć z nadmiaru wrażeń.
Praca nie była zła- czasami uczestniczyła w różnego rodzaju bankietach jako „towarzyszka” szefa- w rzeczywistości robiąc za obstawę. W końcu nie na darmo specjalizowała się w cichym zabijaniu. Fantastyczne było sprawdzanie broni u Coopera, zapach prochu- jej prywatna Amortencja. A po pracy wypady na bilard i ich prywatne potyczki słowne. Nie jest źle- przywołała się do porządku i spojrzała na zegarek- dochodziła północ. Znajdowała się w podziemiach firmy, w mini Sali wykładowej. Agares objaśniał kolejną akcję:
- Konsul ze swoimi siłami bezpieczeństwa, akcja ma być przeprowadzona równo za miesiąc. Profil taktyczny przygotuje Shiro. Spotkanie za dwa tygodnie.
Dziewczyna poczuła się jak grunt osuwa się jej spod stóp. Jak to ona?
Kiedy 24 mężczyzn wyszło podeszła do katedry i odezwała się.
- Ale..
- Bez dyskusji Shiro- przerwał jej- jestem zmęczony. Masz to przygotować.
- Nie wiem jak..- wyszeptała speszona.
- Arashi…- przerwał pakowanie dokumentów i spojrzał na nią jakby chciał się upewnić czy żartuje sobie- dobra- zapiął teczkę- to Twój pierwszy raz, więc możesz trzy razy zapytać się o coś Northona. Na razie.
Wyminął ją i wyszedł.
Jęknęła i usiadła na najbliższym krześle.


***


Siedziała po turecku na łóżku i dzwoniła lekko kubkiem czekolady o zęby. Ubrana w wielką męską koszulkę pośród mnóstwa papierów. Po kilku godzinach wyklarował się jej plan. Dopisała na kartce spostrzeżenia i uwagi. Spojrzała na małą tablicę, która zazwyczaj służy dzieciom do zabawy w szkołę. Zarys ulic, punkty oznaczone greckim alfabetem, przyczepione magnesami zdjęcia satelitarne. Google Earth jest bogiem. Kolorową kredą zaznaczyła poszczególne odwody.
Uśmiechnęła się kartkując książkę Sun Tsu. Spisała wszystko i dokładnie ułożyła. Spojrzała krytycznie na pliki kartek i przeanalizowała wszystko krytycznie jeszcze raz, fragment po fragmencie zakładając różne scenariusze- od zawodzenia sprzętu po akcję jednostek antyterrorystycznych. Mimo to wszystko działało bez zarzutu. Uśmiechnęła się szerzej. Zapiszczał budzik- westchnęła wyłączając go. Była zmęczona- pracowała całą noc, ale dziś musi się jeszcze skontaktować z Bobbiem.

***


Siedziała w fotelu i obserwowała jak Agares daje wycisk Hõse. Argentyńczyk mimo cięgów zebranych w tamtym tygodniu od Shiro wciąż emanował pewnością siebie. Spojrzała na stół- Valgaav powinien go pozałatwiać w czterech ruchach. Nie myliła się. Wygrany spojrzał na nią z uśmiechem, który powaliłby na kolana żeńską część populacji- i ją też, gdyby go nie znała.
- Zagrasz?- zapytał wyciągając ku niej jej ulubiony kij niczym szpadę
-Z przyjemnością- odparła wstając.
Rozbijała kiedy drzwi się otworzyły i po schodach zszedł jeden z bossów ze swoją kolejną panienką. Shiro wywróciła oczami i szybko wysączyła swoje malibu. Odstawiła pusty kieliszek na stolik i zlustrowała wzrokiem nowo przybyłą kobietę. Cukrowa wróżka. Różowa bluzeczka z bufiastymi rękawkami, biała lakierowana mini i oczojebne różowe szpilki. Blond włosy i infantylność wypisana na twarzy. Szatynka przeniosła wzrok na stół i zignorowała rozglądającą się dziewczynę. Agares celowo stanął za nią rozpraszając ją jeszcze bardziej. Białe tipsy z brokacikiem oparły się o stół obok niej. Zacisnęła zęby i zdeklarowała łuzę. Wbiła ciut za mocno. Odwróciła się do partnera i wyjęła z jego ręki szklankę wypijając połowę zawartości. Oddała mu naczynie i mruknęła „obrzydlistwo”.
Valgaav uśmiechnął się, ale spojrzał na nią zaniepokojony. Była zdenerwowana. Panienka niezdecydowanie przestąpiła z nogi na nogę.
Shiro zdeklarowała kolejną. Uderzała, kiedy padło pytanie z ust zabawki:
- Ty też jesteś czyjąś Call- girl?
Trafiła bilą w łuzę, ale biała ustawiła się zupełnie nie tam gdzie powinna.
Spojrzała wściekła na blond piękność prawie dygocząc z furii.
Jej partner parsknął w szklankę a w pomieszczeniu zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Właściciel dziewczyny zbladł.
- Nie- wycedziła- zjeżdżaj stąd.
Próbowała skoncentrować się na stole a nie na chęci mordu, który czuła. Agares jakby to wyczuwając nalał jej pół szklanki wisky i postawił obok.
Wypiła duszkiem. Oddała mu szkło i kiwnęła głową z wdzięcznością. Zanotowała w pamięci by nie pić dziś więcej i by ktoś ją odwiózł. Zdeklarowała i chciała wbijać, gdy sprawy potoczyły się z prędkością błyskawicy. Barbie wzięła ze stołu białą blilę oglądając ją.
Shiro zobaczyła tylko czerwoną mgiełkę przed oczami i doszło do niej zduszone „och nie” właściciela blondyny.
Z prędkością światła zdzieliła kobietę kijem w bark, poprawiła na odlew ignorując piski. Dopiero wtedy udało się Agaresowi zabrać jej kij i unieruchomić w żelaznym uścisku.
- Zabierz dziewczynę- warknął do właściciela dziewczyny, który był blady jak ściana i chwiał się lekko. Wiedział, że mieć przegwizdane u Shiro to nic dobrego. Była tu jedyną kobietą na ich prawach, swego rodzaju ulubienicą. A przerwanie gry było grzechem śmiertelnym. Każdy to wiedział. Takie były tu zasady. Złapał swoją własność za ramię i wywlekł tylnym wyjściem.
- Zabiję sukę, po prostu zabiję- Shiro nie przestawała się szarpać. Nie widział jej jeszcze nie panującej nad sobą. Przydusił mocniej przedramieniem jej gardło blokując ją o stół. Wrócił właściciel panienki- sam. Arashino powoli się uspokajała, choć wciąż dygotała z wściekłości.
- Nalej jej czegoś mocnego- Agares nie puszczał partnerki dobrze się bawiąc. I dobrze to maskując. Uwolnił jej jedną rękę.- A teraz Arashi, bądź grzeczną dziewczynką i ładnie wszystko wypij. Do dna.
Spojrzała na niego z przymrużonych powiek, co nie wróżyło nic dobrego. Bez słowa wzięła szklankę i wypiła duszkiem, prawie się krztusząc. Boss spojrzał na nią skruszony
- Wybacz Shiro, już jej tu nie zobaczysz…
- Mam nadzieję.- warknęła i rzuciła Agaresowi- puść mnie.
Bez słowa się od niej odsunął. Zachwiała się lekko.
- Odwieziesz mnie- powiedziała do niego wciąż zła.
- Z przyjemnością Madame – ukłonił się teatralnie
Zabrała z fotela kurtkę i torbę
- Na razie wszystkim – rzuciła w przestrzeń i wyszła a mężczyzna podążył za nią. W pokoju wciąż panowała cisza.

***


Otworzył drzwi od jej mieszkania i wszedł do środka. Kobieta przestąpiła próg za nim i zatrzasnęła drzwi ryglując je.
Alkohol krążył jej w żyłach razem z resztkami złości tworząc niebezpieczną mieszankę. Płynny ogień.
Zapalił światło w korytarzu i przepuścił ją przodem. Przeszli do pokoju.
- Ładnie się urządziłaś. – stwierdził rozglądając się.
- Yhm. Chcesz coś?- zapytała otwierając barek.
Podszedł do niej i zerknął jej przez ramię.
- Masz Chivasa?
Był zaskoczony. Obserwował jak odpieczętowuje butelkę i rozlewa trunek do dwóch szklanek.
- Podobno to obrzydlistwo- zakpił.
- Bo to prawda- odparła.
Przy słabym oświetleniu nie był pewien czemu oczy jej błyszczą. Czy to alkohol, zdenerwowanie czy cokolwiek innego.
Odwiązała końce koszuli luźno puszczając wymięty materiał i odpięła kilka górnych. Przeszła boso do okna ze swoją szklanką w dłoni. Machinalnie przesunęła wzrokiem po dachach szukając snajpera. Skrzywienie zawodowe.
Spojrzała na odrapane kamienice, z racji później pory tylko gdzie niegdzie paliło się jeszcze światło w oknach bez firanek. Obserwowała z oddali kolejną awanturę. Wiedziała, że Simon będzie jutro chodził ze świeżymi sińcami. Kiedy ona kupowała torebkę od Prady, te dzieciaki nie miały nic. I było to cholernie niesprawiedliwe. Dlatego starała się pomóc im jak tylko mogła. Zorganizowała własną siatkę informacyjną werbując młodych. I ona tu rządziła. Zamyśliła się na chwilę. Agares wykorzystał tę chwilę obserwując ją. Przyłapał się na tym, że podziwia jak w dwóch ruchach potrafiła przybrać postać z nieoficjalnego spotkania do domowej. Dolał sobie alkoholu. Spojrzała na niego przez ramię masując kark. Złość z niej uleciała zostawiając zmęczenie.
- Nie powinieneś już prowadzić.
- Nie zamierzam. Wezmę taksówkę.
Podszedł do niej i odstawił szklankę na parapet. Posadził ją na bocznym oparciu fotela i delikatnie rozmasował barki. Musnął palcami sploty ciasno spięte spinką, przejechał opuszkami po skórze szyi lekko zsuwając czarny materiał z jej ramion. Obserwował- jak drapieżnik ofiarę. Rozluźniona oparła się o jego ciało. Dobiegł go dźwięk odstawianego szkła.
- Ile dziś wypiłaś?- zapytał nie zdejmując dłoni z jej barków. Przez ubranie czuł jej ciepło i za wszelką cenę próbował nie myśleć o niej jak o kolejnej panience. Wiedział, że gdyby choć raz tak pomyślał to to nie dałoby mu spokoju do momentu aż by jej nie zdobył. A później by musiał szukać asystentki bo ta by na pewno rzuciła tą pracę, tak samo jak on by rzucił ją. Więc musiał nad sobą panować.
- Hmm… - zamyśliła się- dwa malibu i dużo wisky… -mruknęła.
- Pół mojej, drugie pół, potem całą i teraz jeszcze jedną… Trzy szklanki i jeszcze się trzymasz na nogach.
- Więcej, nie będzie kaca. Nigdy nie miałam kaca- westchnęła z ulgą gdy rozmasował napięty mięsień.
Nieoczekiwanie wstała i przytuliła się do niego wtulając policzek w jego szyję. Czuł jak lekko się chwieje. Z jakimś wewnętrznym oporem obserwował jak odpina jego koszulę by przesunąć opuszkami po ciele o niesamowitej fakturze, z wieloma pamiątkami z przeszłości w postaci blizn. Czuł jak jego krew odpływa z głowy gdzie indziej. Delikatnie dotknęła ustami jego wargi lekko je całując.
- Wiesz, miałam sen…- urwała widząc wyraz jego oczu. Valgaav widział trzy zakończenia tej nocy- i co za tym idzie trzy konsekwencje. Bez słowa przeniósł ją na łóżko i przykrył kołdrą. Wyszedł z postanowieniem, że rano oboje będą udawać, że to nie miało miejsca. Jeszcze raz przeklął siebie w myślach i wyszedł z podziemi na lodowate powietrze by poczekać na taksówkę.



Rozdział XXI


Dodano: piątek, 25 czerwca 2010 23:24:31
Napisano: komentarze [15]


Komentujcie ludzie, komentujcie... raptem cztery komentarze przez ponad dwa tygodnie nie motywują do pisania.
No, koniec marudzenia- jutro mecz (co prawda towarzyski) z Rosenborgiem, ale już się nie mogę doczekać. Brak mi dopingu- złapałam kibolskiego bakcyla na całego;)
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Późne popołudnie. Coraz dłuższe cienie sprawiały ,że płaszczyzny nabierały nowego kształtu. Ośmioletnie dzieciaki biegały za sflaczałą piłką po ubitym podwórku próbując trafić do zdezelowanej bramki z jednej strony placu lub przestrzeni między kubłami z drugiej. Dziewczyna uśmiechnęła się na widok malca, który grając pressingiem wyłuskał piłkę. W odpowiedzi mniejsza dziewczynka przyłożyła mu w zęby swoją małą piąstką. Kobieta uśmiechnęła się szerzej i przeniosła wzrok na trzymaną kartkę a następnie na odzwierciedlenie tego w większej skali na forcie i bokach garaży.
- I jak pani Shiro?
Spojrzała na pryszczatego chłopaka, około 18 lat. Musiała trochę zadrzeć głowę by spojrzeć w jego przerażająco dorosłe oczy.
- Całkiem nieźle Miki, całkiem nieźle.
Usiadła na murku a rozmówca obok.
- Jak w domu Miki?
- A jak ma być?- wbił wzrok w wystające tu i ówdzie resztki bruku- jak zawsze.
- Dalej robisz w myjni?
- No. Praca nie jest lekka, ale na warsztacie radzę sobie całkiem nieźle.
- Opowiedz mi o swojej pannie.
- Co?.. Pani Shiro… To prywatne sprawy.
Milczeli chwilę.
- Skąd pani wie?
- Ja wiem wszystko Mik. – roześmiała się- a tak poważniej, masz malinkę na szyi.
Chłopak machinalnie postawił kołnierz od koszulki.
- Jest wspaniała. O taka- dłońmi wskazał kształt klepsydry- i bardzo mądra.- oczy mu błyszczały- Ale z bardzo dobrego domu. Nie wiem co ona widzi w kimś takim jak ja… z takiej dzielnicy. – jego ramiona zgarbiły się.
- Jak to co Mik? Widzi Ciebie.- poklepała go po ramieniu. – Kobiety mają słabość do niegrzecznych chłopców.
- Pani też? To znaczy.. ja… ja nie chciałem- zaczął się kajać.
- Nie musisz przepraszać Miki. Tak, ja też. Życie jest wtedy dużo ciekawsze, nie uważasz?- uśmiechnęła się. Wstała i włożyła dłoń do kieszeni spodni wyciągając kluczyki od samochodu.
- Wyprowadź go, mycie, woskowanie, odkurzanie. Masz półtora godziny.
- Jasne pani Shiro- złapał klucze w locie. Uśmiechnął się widząc odchodzącą kobietę. Wiedział ,że wóz jest prawie czysty i że kobieta mu zapłaci. Zawsze tak robiła by pomóc dzieciakom- zlecała im jakieś czynności. Kazała zapracować. Zabierze swoją dziewczynę do kina.. uśmiech rozciągnął jego twarz gdy brał wiadro i gąbkę.

***


Ok. 22 zajechała pod klub. Rzuciła parkingowemu kluczyki i puściła mu oczko. Wiedziała, że zadba o jej maleństwo. Miała na sobie jeansy, szpilki i wiązaną pod biustem czarną koszulę. Typowa imprezowiczka. Przepchnęła się do baru i skinęła głową barmanowi. Łysy człowiek o aparycji buldoga i karku szerszym niż jej udo kiwnął jej głową i postawił przed nią szklankę malibu. Nieme życzenie. Wzięła szklankę i przepchnęła się do dyskretnych drzwi, obok których stał brat-bliźniak barmana. Rzuciła mu „dobry wieczór” i poczekała aż otworzy jej skrzydło by mogła wejść.
- Witam wszystkich- rzuciła gdy weszła do przytulnego pomieszczenia o ciemnozielonych ścianach, wyposażonego w kilka stołów do bilarda. W środku było kilku mężczyzn, trzech miało ze sobą swoje panienki. Jedna z nich siedziała na jej fotelu. Była niepisana zasada- ten fotel był jej.
- Zjeżdżaj- warknęła. Mały incydent a zepsuł jej humor. Shiro rzuciła mlecznobrązową torbę na skórzany mebel. Podeszła do stojaka i wybrała ulubiony kij, dokładnie go nakredowała.
- Kto gra?
Z fotela podniósł się wysportowany, opalony mężczyzna przed trzydziestką.
- Mogę zagrać. Stawka?- zapytał biorąc pierwszy kij z brzegu.
- Dwie setki na wejście, standard. Deklarowany- odparła ustawiając bile w trójkącie.
- No to jazda- mruknął rzucając dwie stówy na stolik niedaleko.
- Let’s go- dziewczyna wyciągnęła z tylnej kieszeni kilka banknotów i dorzuciła na stertę.
Siorbnęła ze szklanki obserwując uważnie jak gracz rozbija.
Pozostali panowie równie uważnie obserwowali rozgrywkę.
- Hõse jeszcze nie grał z Shiro, prawda?- Agares nachylił się lekko do starszego bossa.
- Nie. Może trafi kosa na kamień. W ciągu roku przegrała tylko raz i na razie jest czarnym koniem. Jak Ty.
- Wątpię. Spójrz na jej oczy- czyste szaleństwo- mruknął w odpowiedzi.
- Słyszę was powiedziała kobieta nie podnosząc wzroku znad zdeklarowanej bili. Delikatnie musnęła ją kijem a ta wpadła precyzyjnie do łuzy.
***

- Gdzie się nauczyłaś tak grać?- zapytał Hõse kiedy chowała banknoty do tylnej kieszeni spodni.
- W szkole był na korytarzu stół bilardowy a mój kumpel był maniakiem snookera.
- To wiele wyjaśnia.
Argentyńczyk musnął ustami jej dłoń. Agares prychnął. Oczy kobiety zmrużyły się niebezpiecznie. Rzuciła na stolik dwie stówy i chwyciła za kij. Agares złapał go w locie. Shiro zdmuchnęła nadmiar kredy.
- Ja rozbijam- oznajmiła.
Mężczyźni poruszyli się niespokojnie. Ostatni raz jak grali to siły były wyrównane. To właśnie Agares wygrał z Shiro wytrącając ją z równowagi i dekoncentrując. Dlatego przegrała. Wbiła deklarowaną bilę ale biała ustawiła się pod złym kątem do ósemki. Dlatego przegrała. Teraz weźmie rewanż, wszystkie chwyty dozwolone. Powietrze elektryzowało.

***


Spojrzała na Agaresa. Cynicznie się uśmiechał. Ponownie omiotła wzrokiem stół. Rozegrałaby to na dwa uderzenia. Wzięła do dłoni kostkę ustawiając się obok mężczyzny. Jeśli czegoś nie zrobi to on wygra. Zerknął na nią i zdeklarował łuzę. Uderzył kiedy ona od niechcenia zdmuchnęła pył z końcówki, tuż przy jego uchu. Spojrzał na nią ze złością, kiedy biała ustawiła się niedogodnie, za daleko. Wiedzieli oboje ,że wygrała.
- El Grande mój drogi- mruknęła cynicznie bezczelnie przesuwając go biodrem. Nie śpiesząc się załatwiła sprawę.
- El Grande- powtórzyła „przepychając” się między nim a stołem. Obserwował jej biodra gdy odkładała kij i od niechcenia zgarnęła kupkę pieniędzy ze stolika. Spojrzała na niego przez ramię i nie licząc wsunęła złożony na pół plik do kieszeni jeansów.
- Może mały rewanż?- zakpił
- Nie mogę –odparła- dochodzi druga, a mam na rano do pracy. Szef by się wściekł. Nie wiesz jakim sukinsynem potrafi być- powiedziała uśmiechając się kącikiem ust.
Nikt nie wiedział, że pracują razem. Wiedziano, że należy do branży i tyle. O nic nie pytano. W tym zawodzie im mniej wiesz tym lepiej.

***


Wjechała na podwórze i aż gwizdnęła. Włączyła długie światła by więcej widzieć i oniemiała. Miki i jego ekipa odwaliła kawał dobrej roboty.


***


-Shiro, do gabinetu- na lini nastąpił trzask i połączenie zostało zerwane. Dziewczyna odłożyła słuchawkę mając świadomość, że po drugiej stronie korytarza szef swoją rzucił. Zdjęła płaszcz i odwiesiła go. Było dwie po szóstej, dopiero przyszła.
Spokojnie weszła do jego gabinetu mówiąc dzień dobry. Nawet nie pukała. Odzwyczaiła się. Agares spojrzał na nią chłodno. Gdyby coś przeskrobała to byłaby przerażona. A tak to czuła tylko narastającą irytację jego zachowaniem. Też miała dziś zły humor.
- Siadaj- rzucił.
Usiadła na fotelu i spojrzała na niego wyczekująco.
- Co to wczoraj miało być?
Uniosła lekko brwi
- To znaczy?
- To, że Twój szef potrafi być sukinsynem?!?
Jego urażone ego biło po oczach.
Prychnęła.
- A nie? Właśnie widzę. Poza tym- nie byłam w pracy a to była moja prywatna uwaga.- wciąż była opanowana.
- Jestem twoim szefem! Powiedziałaś to przy mnie, do mnie!
- W ramach półżartu. Byłam po pracy i jakoś nie zachowywałeś się jak szef!
Huknął dłonią w blat biurka
- Kurwa, Shiro!
- Tylko nie kurwa! – też wstała i oparła się dłońmi o blat- ja nie jestem jedną z Twoich panienek byś mógł tak do mnie mówić!
- A więc tu Cię boli? Że mam nocami towarzystwo? – w jego głosie była nutka tryumfu. Zamknęła oczy by się uspokoić.
- Nie. Twoje życie erotyczne mnie nie interesuje.- odparła chłodno
- Tak? To za co ten sukinsyn, co?- warknął
- Za wezwanie mnie w trybie natychmiastowym gdy brałam prysznic w tamtym miesiącu. Za to, że musiałam paradować ociekająca pianą w samym ręczniku, bo Ty nie byłeś łaskaw poczekać kwadransa aż wyjdę z łazienki. I wreszcie- za to że o mało nie zastrzeliłam Młodego- gdy go po mnie wysłano. Za to wszystko byłeś sukinsynem. – wycedziła i wyszła zanim straci kontrolę i mu przyłoży.

***


Usiadł na fotelu i się uśmiechnął. Cała złość z niego zeszła, jakby przelana na nią. Założył dłonie za głową i przypomniał sobie tamtą sytuację. Wiedział, że bierze prysznic i coś go podkusiło by kazać jej przyjść. Młody później mu opowiedział, że niewiele razy się tak bał..
„ Niepewnie uchyliłem drzwi, wie szef, buchnął taki obłok pary. No więc wszedłem do środka i zamiast odezwać się , to ja głupi poszedłem dalej. Patrzę, a kabina pusta. Chwila konsternacji, ale w zaparowanym lustrze poruszył się jakiś kształt. Nawet nie drgnąłem kiedy poczułem zimną stal przy skroni i usłyszałem jej głos i dźwięk odbezpieczania broni.. Była wściekła szefie. Ledwie kontrolowała furię.
- Daj mi jeden powód bym nie rozsmarowała Twojego mózgu po kafelkach- powiedziała.
No to odparłem:
- Szef Cię wzywa. Natychmiast.
Myślałem że narobię ze strachu. No a później była już ciemność.”
Valgaav przymknął oczy- załatwiał wtedy coś z Northonem. Jakieś formalności, gdy bez pukania wparowała do jego gabinetu. Owinięta w błękitny ręcznik do pół uda, ociekająca wodą i z bronią w dłoni. Zostawiając za sobą mokre ślady podeszła do biurka i warknęła:
-Czego?
Northon zakasłał maskując śmiech i skierował się do wyjścia pod pozorem papierów do wypełnienia.
Siedzący mężczyzna z szelmowskim uśmiechem wyciągnął do niej teczkę. Zignorowała to.
- Northon- warknęła
- Taaak?- zapytał słodko kładąc dłoń na klamce.
- Wyciągnij Młodego z łazienki. Jest nieprzytomny.
Bobbie wyszedł „kaszląc”.
Wsunęła głębiej koniec ręcznika pod resztę materiału i wzięła aktówkę.
- Twoje nowe zadanie- wyjaśnił spokojnie Agares.
Myślał ,że zaraz ona eksploduje.
- Psia krew! Mogłeś z tym poczekać- wycedziła i wyszła z hukiem trzaskając drzwiami. Dobiegł go jeszcze gwizd Fishera i niecenzuralna odpowiedź podwładnej.


Rozdział XX


Dodano: sobota, 12 czerwca 2010 11:13:51
Napisano: komentarze [4]



Rozdział XX

DWA LATA PÓŹNIEJ:

Weszła do jego gabinetu. Długa zielona suknia opinała się lekko na ciele kobiety. Blond włosy sięgały niemal pasa- podrapała się po głowie upewniając się ,że peruka dobrze leży.
-szefie?
Wiedziała, że pewnie jest jeszcze w łazience i jej nie słyszy. Spojrzała na regały w pokoju- nic się nie zmieniło. Nie licząc jej. Potarła oczy. Nie zwróciła uwagi na dziwne uczucie szkieł kontaktowych- przyzwyczaiła się. Poirytowana zerknęła na zegarek: 21:15. Jak się nie pośpieszą to się spóźnią.
Poczuła jak coś ciężkiego opada jej na dekolt. Przesunęła po tym palcami- diamentowa kolia- szef ma słabość do błyskotek więc „ubiera” ją w biżuterię na takie akcje.
Odwróciła się przodem do Valgaava.
- Możemy już iść do samochodu? – warknęła zdenerwowana.
- Czemu taki humorek?- zażartował poprawiając jej perukę.
- Bo mogę go zdjąć z dachu, cokolwiek. Ale nie! Muszę się bawić w jakąś szopkę!- wyrzuciła na wydechu wcale nie łagodnym tonem.
-Taki był wymóg zleceniodawcy. Wiesz o tym dobrze Arashino… - strofował ją jak sześcioletnie dziecko, któremu się tłumaczy dlaczego niebo wydaje się być niebieskie.
Odtrąciła jego rękę sunącą po jej szyi i rzuciła mu mordercze spojrzenie. Westchnął.
- No dobrze, chodźmy już.


Usiadła na tylnym siedzeniu i z całej siły trzasnęła drzwiczkami. Napotkała odbicie oczu Ferro w lusterku.
-Nie tak mocno, Bella, bo uszkodzisz to maleństwo- rzucił ze śmiechem. W odpowiedzi doszedł go dźwięk zgrzytających zębów. Agares usiadł obok niej i uspokajająco pogłaskał jej dłoń wywołując kolejne zgrzytnięcie.
- Uważaj bo Ci szkliwo pójdzie…- rzucił Włoch ruszając.
- Psia krew, Ferro!- podniosła głos a krew zaszumiała jej w uszach. Była wściekła.
Obaj panowie się roześmiali.
- Może to „TE dni”- rzucił Agares wywołując niekontrolowany chichot kierowcy.
- Jak ja wam dam „TE dni”, to zobaczycie że wasze życie było do tej pory cudowne- wycedziła i opadła na oparcie. Obserwowała światła mijanych pojazdów.
Kiedy dotarli na miejsce atmosfera natychmiast zgęstniała, powietrze elektryzowało.
Wzięła głęboki oddech i sprawdziła czy mały flakonik wciąż jest ukryty w gorsecie sukni. Był. Najstarsza kobieca kryjówka. Wyjęła mały perfum i spryskała nim delikatnie bok szyi oraz nadgarstki. W pojeździe rozniósł się subtelny zapach piżma, cedru, jaśminu… płynny seks.
Valgaav otworzył drzwi od jej strony podając swoje ramię. Jego włosy przybrały czarny kolor, tak samo jak barwa garnituru i koszuli.
Opanowała swoje emocje i przybrała tajemniczy półuśmiech intrygującej postaci.
Weszli do olbrzymiej rezydencji, bankiet już trwał. Z fałszywymi zaproszeniami nie było problemu. Rozdzielili się, ona ma działać, on ją obserwuje.
Wzięła od kelnera kieliszek i namierzyła cel.
Nawiązała kontakt wzrokowy, obiekt podążył za nią spojrzeniem. Widziała kątem oka jak przeprasza rozmówców i idzie w jej kierunku. Przynęta złapana. Jakie to proste. Banalne.
Wyszła na taras. Za kwadrans rozdanie nagród, musi go tu zatrzymać, dolać truciznę, sprawdzić czy wypije i się zmyć. Dała sobie na to pół godziny. Agares dał jej na to dwie. On nie docenia jej- przeszło kobiecie przez myśl.
- Co taka piękna kobieta robi tu sama?- doszedł jej głos. –Banał- pomyślała krzywiąc się i odwracając do rozmówcy.
- Może czeka na kogoś kto by jej ten nudny wieczór umilił?
Brunet podszedł do niej i ujął jej dłoń.
- Marcus- wyszeptał przykładając jej dłoń do ust.
- Monica- położyła wolną rękę na jego ramieniu i musnęła ustami płatek ucha szepcząc imię.
- To skandal zostawić taką kobietę samą. Gdzie Twój partner? – nie puszczał jej dłoni chcąc wybadać jej koligacje.
- Mój brat? –zaśmiała się perliście- jest zajęty kokietowaniem piękniejszej części tego towarzystwa. – zaobserwowała jak jego mięśnie się rozluźniają- nie ma rywala. Wysunęła dłoń z jego uścisku i podniosła odstawiony na balustradę kieliszek. Podniosła go na wysokość oczu- „za obiecująco zapowiadający się wieczór” – chłód w jego oczach zmienił się w chęć posiadania. Jak rozwydrzone dziecko ,które dostaje zawsze zabawkę której chce. Przesunął dłonią po jej plecach.
- Nie za chłodno?
-Ależ skąd- napięcie wisiało w powietrzu. Bawiła się tym- jest mi tak gorąco, że ciepło ze mnie emanuje. Spójrz…- przesunęła jego dłoń na swoją szyję.
- Rzeczywiście..- obrysował kciukiem kształt jej szczęki.
Z salonu rozległ się dźwięk dzwonu.
- Musisz iść..- posłała mu spojrzenie spod przymkniętych powiek.
- Ale wrócę..- odstawił szklankę na balustradę- będziesz tu?
- Jeśli wrócisz..- uśmiechnęła się tajemniczo.
Wrócił. Obserwowała jak chełpił się statuetką odebraną w imieniu ojca, jak jednym haustem opróżnia szklankę. Uśmiechnęła się półgębkiem.
Konwersowali chwilę gdy usłyszała:
- Monique! Tu jesteś…
Valgaav szedł z rozłożonymi ramionami, odsunęła się od ofiary.
- Moi! Braciszek.. ucałowała go w oba policzki.
- Monique, nie ładnie tak znikać.. znowu zabierasz komuś czas!
- Pozwól że Ci przedstawię- Marcus , moi brat Thomas. Braciszku- to jest Marcus, syn senatora Haleya.
Mężczyźni uścisnęli sobie mocno dłonie.
- Proszę wybaczyć mojej siostrze.. Agares uśmiechnął się szeroko- to nieznośne dziecko.
- Och, drogi panie… wcale nie dziecko, tylko urocza kobieta.
Entuzjazm Marcusa przygasł wraz z odpływającą perspektywą wspólnej nocy.
- Petit, czas wracać do domu- Agares zwrócił się do Shiro.
- Już?
- Tak Monique…
- Och.. no dobrze… Marcus, miło było mi Cię poznać- wyciągnęła dłoń, którą on ujął i ucałował. Wsunęła dłoń pod ramię „brata”.
Haley junior odprowadził ich wzrokiem.


Wsiadła do samochodu.
- Jak poszło?- spytał Ferro.
- Pice of cacke. Jedźmy już.
Agares usiadł obok I rozluźnił krawat.
- Nieźle Ci poszło Monique..
- Daj spokój. To petit to mogłeś sobie darować.
Zdjęła perukę i rozpuściła włosy roztrzepując je dwoma ruchami głowy.
- Ouuu- niebezpieczna. Takie lubię- Agares próbował ją sprowokować.
- Zapomnij- warknęła i odwróciła twarz do szyby.

***


Agares odwiózł ją do domu. Weszła w bramę, przeszła w dół schodami, korytarz a potem ponownie schodami w górę- przejście przez piwnicę. Mały labirynt. Ale odpowiadało jej to. Na schodach dogonił ją ośmioletni chłopiec. Była prawie północ, a mimo to słychać było gdzieś kłótnię. Nie pasowała tu- w garsonce, kiedy otoczenie można było nazwać patologią. Ale odpowiadało jej to. Rzuciła maluchowi kilka słów i weszła do mieszkania, na najwyższej kondygnacji zabytkowej rudery. Stara odrapana kamienica skrywała przestronne i nowoczesne wnętrze. Zamknęła drzwi na zasuwę i rzuciła kluczyki od samochodu na półeczkę przy drzwiach. Mleczne, przytłumione światło rozchodziło się po korytarzu w kolorze brzoskwini. Odwiesiła płaszcz i weszła do pierwszego po lewej pomieszczenia, wstawiła wodę na herbatę. Była zmęczona- jak co dzień.
W ekspresowym tempie wzięła prysznic i z gorącą herbatą przeszła do pokoju, który robił za salon i biuro. Odstawiła filiżankę na biurko i podeszła do okna lekko odginając żaluzje. Skarciła się w myślach- nie zgasiła światła. Była idealnym celem dla wprawnego snajpera. Mimowolnie zlustrowała dachy z najlepszym kątem do strzału. Pusto. Skierowała wzrok na podwórko. Pokryte graffiti garaże stanowiły ozdobę zagraconego starego podwórka. Odrapane kamienice pamiętające czasy początku XXw. Aż dziwne, że ich stan nie nakazywał eksmisji ze względu na zagrożenie katastrofą budowlaną. Jej Land Rover stał w pierwszym z lewej garażu, zamknięty jedynie na zasuwę. I był bezpieczniejszy niż w sejfie. Z premedytacją siorbnęła herbatę. Rok zajęło jej zaprowadzenie tu porządku. Mieszanie wykupiła za pieniądze z firmy. Wróciła wspomnieniami do momentu jak z Agaresem u boku zapukała do zbutwiałych i wypaczonych drzwi. Otworzyła jakaś szurnięta staruszka. Uśmiechnęła się, ukazując bezzębne dziąsła, a prawy policzek unosił się w tiku nerwowym.
Wchodząc do pokoju Arashi potknęła się o gałgankowy dywanik. Choć potknięcie się nie jest tu dobrym określeniem. Pstrokaty pasiak maskował ubytek w podłodze i Shiro zdążyła powiedzieć tylko „o!”. Gdyby jej towarzysz jej nie złapał byłaby gleba. Oczywiście nie omieszkał się skomentować jej gracji i ostrożności. -Parsknęła cicho w herbatę. -Ale stuknięta babcia przebijała wszystko. Trzymała w mieszkaniu cztery koty. Cztery lniejące kocury w jednym mieszkaniu… Zaduch niesamowity. I wszędzie te koronkowe serwetki…
- To bardzo przyjazna okolica- na potwierdzenie tych słów rozległ się dźwięk tłuczonego szkła za oknem- w sam raz dla młodego małżeństwa.
Dziewczyna do tej pory dostawała szczękościsku na wspomnienie rozbawienia jej szefa i jego późniejszej szopki.
Dopiła herbatę.
Ale teraz to jest jej miejsce. Z satysfakcją rozejrzała się po wnętrzu. Włożyła w to wielki kawał serca. Jej azyl.

***


Rozdział XIX


Dodano: poniedziałek, 3 maja 2010 06:39:31
Napisano: komentarze [6]


Dedykejszyn- wszystkim, którzy czekali z niecierpliwością. W szczególności Ami Tao.
Nie jestem zadowolona z notki, wiem, że jest słaba.
Ale miałam miesiąc przerwy w pisaniu, więc wybaczcie mi to.
Za trzy spotkania skończą się rozgrywki Ekstraklasy więc wtedy powinnam więcej pisać.
Pozdrawiam
Arashi

~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział XIX




Zerwała się przerażona a krzyk utknął jej w gardle. Rozejrzała się- była w swoim mieszkaniu. Odgarnęła włosy ze spoconego czoła i uśmiechnęła się cierpko- znowu przechodzi przez fazę budzenia się z krzykiem z koszmarów. Ironia losu. Wiedziała z autopsji ,że to przejdzie. Sięgnęła do stolika nocnego po szklankę wody i przysunęła ją do ust popijając silny lek nasenny. Ciepłe mleko tu nie pomoże, a jutro musi być wypoczęta w pracy. Spojrzała na zegarek i włączyła bardzo cicho muzykę relaksacyjną. Dospać choć kilka godzin do świtu…


***


Obudziło ją stukanie w szybę, spojrzała nieprzytomnie na okno. Jakiś ptak zaglądał do wnętrza pomieszczenia. Nie wiedziała jaki to ptak- mały i kolorowy. Gdyby zapytała Kamiko to by wiedziała. Ta to była chodząca encyklopedia ornitologiczna. Przeciągnęła się w łóżku. Nocny koszmar był już tylko niemiłą nocną marą. Spojrzałą na zegarek i zamrugała. 9?!? O jasny gwint…
Ekspresowo się wyrobiła i po kwadransie wsiadała do taksówki. Była głodna, ale wiedziała, że za pół godziny ma otworzyć oficjalnie firmę, a nie sprawdziła poczty, zamówień…
Matko, Agares ją zje na śniadanie!
Poczuła niemiłe ssanie, nic nie zjadła, kolacji wczoraj też nie…
Zapłaciła kierowcy i o 9:40 weszła do budynku firmy. Szef już był. Cho-le-ra…
Dźwięk jej obcasów rozniósł się po holu. Z aneksu wysunęła się głowa szefa. Omiótł spojrzeniem jej sylwetkę i spojrzał na zegarek.
- Dzień dobry szefie- powiedziała spokojnie włączając komputer.
- Witaj Arashi. Lista na dziś- podał jej kartkę z zapisanymi maczkiem zadaniami.- za 18 minut chcę mieć na biurku wszystkie zamówienia.
- Jasne szefie.
Mimo że się nie wyspała miała dobry humor i nie da go sobie zepsuć.
Usiadła za biurkiem i czekając aż załaduje się poczta spojrzała na listę zadań. Jęknęła. O 23 zebranie w gabinecie Agaresa. Czyli od 10 do 23 ma siedzieć w firmie… a przerwa na lunch dopiero o 13.. umrze z głodu.
Szybko uwinęła się z zamówieniami i punktualnie o 10 położyła je na biurku Valgaava. Na jego kolanach siedziała jego kolejna panienka. Ta miała miedziane ciało oraz czarne lśniące włosy. Oczy jej były tak czarne, że tęczówki nie odróżniały się od źrenic. Znudzona bawiła się spinką od mankietu mężczyzny.
Arashi uśmiechnęła się do niej i do szefa. Pełen profesjonalizm.
- Co się stało Shiro że prawie się spóźniłaś?
Zapytał podnosząc wzrok znad akt.
- Zaspałam- odparła krótko.
Nie zamierzała tłumaczyć się dlaczego przy jakiejś dziewczynie, która nie ma bladego pojęcia co się wokół niej dzieje. Z jej żołądka dobiegło ciche burczenie ale nie na tyle ciche by szef tego niedosłyszał. Uśmiechnął się lekko nie podnosząc wzroku z dokumentów.
- Jadłaś coś?
- Nie.
Utkwiła wzrok w biurku. On to robi celowo… jego uśmieszek ją upokarzał.
- Możesz odejść.
Odwróciła się na obcasie i wyszła cicho zamykając drzwi. Przekleństwo cisnęło się jej na usta. Powstrzymała się.


***


- To jak? Jutro? Dasz się wyciągnąć?
Włoch uśmiechnął się ukazując idealnie równe i białe zęby.
- No nie wiem… - uśmiechnęła się pochylając lekko w kierunku Ferro.
- No chodź Arashi… nigdzie nie wychodzisz z ludźmi z pracy… koleżeńska kawa- tylko tyle…
- Uparty jesteś- roześmiała się.
- Jestem Włochem. Mam to we krwi.
- No dobrze. Ale będę miała do Ciebie prośbę…
- Jaką? – mężczyzna wyglądał na zadowolonego.
- Nauczysz mnie prowadzić…
Uśmiech trochę zbladł na jego twarzy.
- Ale to działka szefa..
- Tylko odrobinkę. Bym się nie zbłaźniła całkowicie. Ferro proszę…
- No dobrze. Za tę kratę szkockiej od Fishera mogę Cię nauczyć jeździć choćby czołgiem.
- Wystarczy samochodem- zaśmiała się przekrzywiając głowę. Odetchnęła z ulgą.
- Czyli jutro kawa i krótka lekcja, right?
- Right. Dzięki Ferro. A teraz trzymaj- podała mu kilka list części które przyszły.
- Ocho, robota- roześmiał się.
- Dokładnie. Co z tego skręcasz?
- Tuninguję odrobinę firmowe wozy.
- Naprawisz wszystko co ma koła? – przekornie przymknęła oko.
- Nawet jeśli nie ma kół to i tak to naprawię.
Oboje się roześmiali.
- Dobra, lecę. Miłego dnia Arashi.
- Miłego Ferro.
Wrócili do pracy.

***

Z utęsknieniem doczekała pierwszej. Zapukała do drzwi gabinetu i uchyliła je. Panienka szefa siedziała w samej bieliźnie. Pisnęła i zasłoniła się koszulą Agaresa. Ten był od pasa ubrany. Zignorowała dziewczynę i spojrzała na szefa starając się jednocześnie nie patrzeć na jego ramiona.
- Wychodzę na przerwę lunchową. Wrócę za godzinę. Ten spjrzał na nią i kiwnął głową całując dziewczynę.
Shiro wycofała się. Na początku rumieniła się kiedy przeszkadzała szefowi, teraz już się do tego przyzwyczaiła. Co zabawniejsze w tym wszystkim- zawsze trafiała na taki moment. Jakby dla niego był to tylko przedsmak tego co czeka go wieczorem. Potrząsnęła głową. To nie jej sprawa.
Wyszła z firmy zakładając płaszcz. Przepiękna wiosenna pogoda. Odetchnęła pełną piersią i skierowała się do ulubionej japońskiej restauracji.



***


- Delikatnie naciśnij gaz… dobrze.. i powoli, bardzo powoli popuszczaj sprzęgło…płynnie…
Samochodem zaszarpało lekko i silnik zgasł.
- Przepraszam Ferro…
Włoch przesunął dłonią po twarzy.
- Jeszcze raz. Zrelaksuj się- polecił- jesteś napięta jak struna.
- Stresuję się.
- Widać.
- Ok.. powoli sprzęgło… prawa w dół, lewa w górę..
Włoch się roześmiał.
- Łopatologicznie, ale tak. O, jest lepiej. To zrób rundkę dookoła placu.
Powoli objechała pusty parking przed supermarketem i prawie kwiknęła z radości.
- Dobrze Shiro, całkiem dobrze. Ale nie środkiem- zjedź na prawy pas…


***

Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie. Była wykończona. Praca, nauka z Ferro, no ale była szansa na to, że się nie zbłaźni aż tak…
Przymknęła oczy i powoli wciągnęła powietrze. Jej mieszkanie pachniało rześkim, nocnym powietrzem, odrobiną wanilii i jaśminem z dawno wypalonego kadzidła. Ledwie wyczuwalna była też nuta parzonej kawy. Uniosła powieki zrzucając garsonkę na podłogę. Czuła jak opada z niej zmęczenie. Miała w planach kąpiel w pianie o zapachu bzu, filiżankę herbaty i sen…
Nie zapalając światła przeszła przez korytarzyk i w kuchni włączyła oświetlenie klinkietowe. Przytłumione światło rozlało się po aneksie dochodząc do połowy pokoju. Wstawiła wodę i odwróciła się do okna wpatrując się w noc za nim. Gdzieś przemknęła karetka na włączonych światłach, ale bez syreny. Częsty widok. W końcu był środek nocy. Przetarła dłonią po karku robiąc krótki masaż szyi. Czekając na wodę zdjęła buty i poruszyła palcami u stóp. Choć pantofle były wygodne to jednak na boso jest jeszcze wygodniej.
Zamarła czując się jakoś nieswojo. Tylko czemu? Wzruszyła ramionami- popada w jakąś paranoję- odstawiła buty na ich miejsce i podniosła marynarkę z ziemi. Weszła do pokoju i powiesiła ją na oparciu od krzesła. Zacisnęła zęby. Agares. W jej ulubionym fotelu. W jej mieszkaniu. I bez jej wiedzy. Nie zapalając światła przeszła do kuchni.
- Herbaty?- spytała pozornie beztrosko. Spojrzał na zegarek.
- 12 minut Shiro. Kompletny brak czujności.
Zignorowała jego napastliwy ton głosu. Nie ma prawa mieć do niej pretensji- jest na jej terenie i to ona dyktuje tu zasady. Zalała dwa kubki. Podała mu jeden bez słowa i rozsiadła się na łóżku opierając stopy na oparciu.
- Czego chcesz?
Zabrzmiało to bardziej nieuprzejmie niż planowała. Zaśmiał się zimno.
- Zbieraj się, czas na szkolenie.
-Teraz?!?
- A kiedy?
Jęknęła. Fakt- w pracy nie miała zbyt wiele wolnego, a jeszcze musi utrzymać się na studiach. Wdech, wydech, nie da mu satysfakcji.
- Chwilę, przebiorę się.
- Nie.
-Pardon?
- Żadnych jeansów. Jesteś dobrze ubrana.
Spojrzała na niego jak na wariata.
- Oszalałeś.
- Możliwe.
Westchnęła i wyciągnęła z szafy buty na płaskim obcasie.
- Nie te. – posłała mu spojrzenie bazyliszka- tamte.
Założyła buty które miała niedawno na stopach. Zarzuciła na ramiona marynarkę.
-Gotowa- stwierdziła fakt. Zgasiła światła w kuchni i wyszli z mieszkania. Przemilczała fakt, że Valgaav wyniósł kubek z herbatą. Przełknęła złośliwy komentarz.
Przed budynkiem rzucił jej kluczyki od swojego Pagero.
- Chyba naprawdę oszalałeś…
- Nie marudź. A może strach Cię obleciał?- zakpił
Spojrzała na niego pogardliwie i wdrapała się do wnętrza. Jej próbom towarzyszył jego chichot. Upił łyk i odstawił kubek na deskę by się nie oblać kiedy będzie ruszała.
- No jedź.- miał z niej niesamowity ubaw.
Spojrzała na niego
- Zapnij pasy.
W odpowiedzi zaczął się śmiać, jakby opowiedziała najlepszy dowcip tysiąclecia.
Bez słowa szukała dźwigni by przysunąć fotel do przodu. Zrezygnowana spojrzała na niego. Wszystko co wyczuła nie chciało drgnąć pod jej naciskiem.
- Jak przysunąć fotel?
W odpowiedzi usłyszała kolejny wybuch śmiechu.
- Słuchaj! Mam dość Twojego zachowania. Włamujesz się do mojego mieszkania, naruszając moją prywatność, wynosisz z niego kubek bez zapytania czy możesz, kpisz sobie ze mnie i zachowujesz się niestosownie!- wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego.
Obserwował jak ze zdenerwowania bębni palcami o kierownicę, a oczy błyszczały hamowanymi łzami. Miała dość. Ewidentnie. Rumieniec gniewu dodawał koloru twarzy, widoczny nawet przy tak słabym świetle jakie dawała uliczna latarnia. Bez słowa pochylił się nad nią. Słyszał jak wstrzymała oddech. Stłumił uśmieszek. Prawie czuł pulsujące tętno na jej szyi. Przysunął fotel do przodu.
- Tak lepiej?- zapytał
- Zdecydowanie- warknęła.
Oparła głowę o zagłówek i wzięła głęboki oddech. Ustawiła sobie lusterka i zapięła pas.
- Jesteś pewien?
- Jak najbardziej- choć próbował dodać jej otuchy to wyszło to znów kpiąco. Sam się skrzywił w myślach za to. Spokojnie przekręciła kluczyk w stacyjce powtarzając w myślach czego uczył jej Ferro. Zdziwiła się gdy pod delikatnym naciskiem buta samochód wydał drapieżny pomruk. Był niezwykle czuły.
To będzie bardzo długa noc…


Rozdział XVIII


Dodano: czwartek, 18 marca 2010 16:07:25
Napisano: komentarze [11]


dedykejszyn- for all. Musicie mi wybaczyć brak notek na czas ale studia to nie przelewki i mam masę nauki. często zasypiam nad notatkami i jestem chronicznie zmęczona.
Btw- przekroczyliśmy 50 str w wordzie czcionką 12, ntr.

Enjoy.

~~~~~~~~~~~~~~

Otworzyła oczy, słońce nie było już tak palące jak na wyspie Commanda i westchnęła. Potoczyła pustym wzrokiem po parkingu. Złapała za swój lekki plecak i wyskoczyła z ciężarówki. Zapadał zmrok. Garstka osób, które przeżyły szkolenie witały się z osobami, które na nie czekały. Rozejrzała się jeszcze raz. Na nią nikt nie czekał. Ostatni z ciężarówki wyskoczył Roger, klepnął ją w ramię.
- Nikt po mnie nie przyjedzie, prawda?
Pokręcił przecząco głową.
- Nikt nie sądził, że ukończysz szkolenie.
Uśmiechnęła się cierpko.
- No tak.. złego diabli nie biorą.
Przez twarz Rogera przemknął uśmiech.
- Chcesz zadzwonić po Agaresa?
Skrzywiła się jeszcze bardziej.
- Nie trzeba. Przeżyłam Twoje szkolenie, więc sobie poradzę z czymś tak prozaicznym jak dotarcie do domu.
- Było aż tak źle?- zaśmiał się.
- Tragicznie.- też się uśmiechnęła.
- Powodzenia Shiro- Mężczyzna wsiadł na budę.
- Do następnego Roger.
Wiedziała, że już nigdy nie będzie dane im się spotkać.
Zarzuciła plecak na ramię i przetarła dłonią po włosach- czystych, ale matowych. Jakby sfilcowanych. Nie miała przy sobie złamanego grosza, miała za to nadzieję, że w domu ma wystarczająco dużo gotówki by pokryć koszt taksówki. O ile taką złapie. W końcu wyglądała…. Wyglądała jak anorektyczka. Kości miednicy czy żeber prawie przebijały skórę, czuła jak jest napięta na kościach policzkowych. Szorstka i z niezdrowym, szarym odcieniem. Jej duże oczy były jeszcze większe i wyglądała jak dziecko z Afryki.
Ciężarówka odjechała a ona ruszyła do wyjścia z parkingu. Musiała jakoś dotrzeć do domu. Tuż przy wejściu dogonił ją Nigel.
Wymienili się numerami telefonów. Stanęła na palcach całując go. Wsunął dłoń w jej włosy by nie cofnęła głowy, kciukiem pogłaskał ją po policzku. Na wychudłej twarzy dziewczyny pojawiły się delikatne rumieńce.
- Jakbyś kiedyś była niedaleko…
- To wtedy na pewno się spotkamy. Obiecuję.
Spojrzała w ciemne oczy mężczyzny. Bardzo się różniły od arktycznych oczu Hanza. Czuła jak jej żołądek wywraca się na drugą stronę. Przytuliła się z całej siły. Stali tak chwilę w niemym uścisku pożegnania, a następnie ponownie go pocałowała- równie namiętnie jak wcześniej. Nie rzucając na niego spojrzenia wyszła z parkingu. Tak musi być. Może gdyby nie była tak skonana to miałaby siłę płakać. Ale teraz… Zapiekły ją trochę oczy. Łez nie było. Będą później.


***


Otworzyła drzwi i uderzył ją zapach nie wietrzonego pomieszczenia. Nawet się nie skrzywiła- przywykła do gorszych zapachów. Za nią, niepewnie, wszedł łysiejący mężczyzna. Wyciągnęła z szuflady dwie stówy i podała je ze słowami:
- Za fatygę i pomoc.
- Dzie.. dziękuję pani…
Oboje wiedzieli ,że ów napiwek niejako kupuje milczenie faceta. Wymamrotał „do widzenia” i wyszedł cicho zamykając drzwi. Shiro przekręciła klucz w zamku i powlokła się do kuchni. Czuła, że niedługo padnie. Wyciągnęła z szafki kaszkę dla niemowląt i przygotowała sobie posiłek. Nie chciała by żołądek odmówił jej posłuszeństwa.
Drżącą dłonią zrzuciła z siebie ubranie i spojrzała w wielkie lustro. Obraz nędzy i rozpaczy. Sięgnęła po telefon powoli wybierając połączenie. Miała zastrzeżony numer.
- Tak? – głos jej szefa jak zawsze pewny.
- Szefie? To ja, Shiro. Wróciłam… - urwała- szefie… biorę dwa tygodnie wolnego- jej głos był słaby i drżał. Po drugiej stronie zapadła cisza, miarowy oddech Agaresa- jakby intensywnie nad czymś myślał.
- Masz tydzień. W następną środę widzę Cię w firmie- rozłączył się bez uprzedzenia.
- Co za cham- mruknęła odkładając słuchawkę. Obok położyła karteczkę z numerem Nigela.
Wmusiła w siebie papkę i owinęła się kocem. Ostatkiem sił spojrzała na zegarek- kwadrans po dziewiętnastej. Zasnęła.
Kiedy poczuła chłodny powiew na policzku otworzyła oczy gotowa do ataku, myśląc o tym, że zaraz Commando ją zabije. Koc opadł na łóżko. Zimny pot wywołał dreszcze. Spojrzała na telefon- 23:12. Mrugnęła- data wskazywała dwa dni później. Ładnie pospała… zjadła resztkę zimnej kaszki i zasnęła na kolejną dobę.
Sobotnie popołudnie przywitało ją uczuciem głodu, ale i początkowego wypoczynku. Zegarek wskazywał godzinę siedemnastą. Zamówiła pizzę i w czasie czekania wzięła prysznic. Gruntownie wywietrzyła mieszkanie a pół godziny później siedziała w swoim ulubionym fotelu z pizzą na talerzyku i włączyła wiadomości. Czas wrócić do życia- czas wrócić do gry.

***


Spojrzał na zegarek- dochodziła północ. Pokój tonął w półmroku. Leżał nagi, przykryty chłodnym satynowym prześcieradłem. Uśmiechał się lekko wpatrując się w wejście do swojej sypialni. Na karku czuł przyjemny dreszcz oczekiwania. Drzwi lekko skrzypnęły a niska szatynka oparła się o framugę. Odgarnęła pasmo włosów z niebieskich oczu i spojrzała na niego. Policzki pokrywał delikatny rumieniec, lecz nie miał on nic wspólnego z zakłopotaniem.
Valgaav przesunął wzrokiem po czarnym biustonoszu z elementami białej koronki. Przesunął spojrzenie niżej, na dół od kompletu. Jego wzrok leniwie ślizgał się po pasku od pończoch które znaczyły się na jej nogach delikatną mgiełką.
Uśmiechnął się jeszcze bardziej, kiedy przeszła powoli przez pokój delikatnie kołysząc biodrami.
Podeszła do łóżka i na czworaka pokonała materac zbliżając się do leżącego. Zatrzymała się nad nim i bez słowa przesunęła ustami po jego szyi schodząc na obojczyk. Agares wplótł dłoń w jej włosy a drugą przesunął po jej grzbiecie wywołując dreszcz.
- Jeśli chcesz to potrafisz być niegrzeczna Arashi…- szepnął.
I wtedy coś go szturchnęło. Obudził się- znajdował się w hotelowym apartamencie a obok spała jakaś dziewczyna- jego nowy nabytek.
Zaklął cicho. Zamknął oczy zasypiając. Chciał by sen wrócił. Nie wrócił.



[specjalnie na życzenie Szamanki;p- dop. aut. ]


***


Otworzyła oczy i zamrugała. Pozostałość ze snu wciąż wirowała jej w głowie. Uśmiechnęła się lekko i potarła powieki piąstkami. Przesunęła dłońmi po policzkach- skóra nie była już tak szorstka jak na początku a kości policzkowe mniej wyczuwalne. Odgarnęła włosy z ust- były bardziej gładkie, choć nadal to nie to samo co wcześniej. Spojrzała na zegarek- dochodziła piąta, ale była wypoczęta. Dziś środa- pomyślała przeciągając się leniwie na łóżku. Czas do pracy. Uśmiechnęła się szeroko, wstała i podeszła do okna.
Śnieg się stopił a połowa marca zapowiadała definitywną wiosnę. Wróciła wspomnieniami do wyspy Commanda. Tam było gorąco- gdzieś między zwrotnikiem a równikiem. Małe, gorące piekło.
Potrząsnęła głową wyrzucając te myśli. Wstawiła ekspres z kawą- tego jej brakowało.. Poszła pod prysznic a kiedy spod niego wyszła czuła się pełna zapału i optymizmu. W bieliźnie stanęła przed lustrem i się skrzywiła. Nie patrząc już w odbicie założyła szlafrok a z szafy wyjęła najbardziej dopasowaną garsonkę. Upiła łyk z ulubionego kubka mrucząc z radości. To jest to…
Ułożyła włosy i zrobiła delikatny makijaż. Spojrzała na rząd wód toaletowych i perfum. To był jej konik- tak jak buty. Typowa kobieta. Roześmiała się do swoich myśli i wybrała wodę od C.D o kolorze subtelnej magnolii. Znowu się skrzywiła kiedy garsonka okazała się być luźna. Dopiła kawę patrząc na zegarek. Szósta za parę minut. Wyszła z domu do swojej ulubionej restauracyjki- pyszna jajecznica z pomidorami, cebulką i wędzonym boczkiem. Do tego świeże chrupiące pieczywo, filiżanka herbaty i szklanka dopiero co wyciśniętego soku z pomarańczy. Uwielbiała swoją pracę- dobrze płatną- dzięki niej mogła pozwolić sobie na taką małą ekstrawagancję.
Przed siódmą weszła do budynku firmy. Nikogo jeszcze nie było, szef pewnie przyjdzie koło 11 więc będzie mogła zorientować się w zamówieniach z ostatnich trzech tygodni. Ma masę pracy do zrobienia.
Odwiesiła płaszcz, wstawiła wodę na herbatę i włączyła komputer. Dostrzegła małą herbacianą różę schowaną za monitorem. Odsunęła wyświetlacz. Stała w małym wazoniku a obok małe pudełko dobrych, francuskich i horrendalnie drogich czekoladek. Przy małej kokardce był bilecik. Wyciągnęła go- na kopercie było napisane „ A. Shiro”.
Zaskoczona otworzyła arkusik kremowego, grubego papieru. Przeczytała krótkie zdanie starannie wykaligrafowane pismem szefa.

„Witamy w rodzinie”

Uśmiechnęła się i sięgnęła po czekoladkę.
Pół godziny później miała wydrukowane nowe zamówienia do skompletowania dokumentacji. Przejrzała pisma z minionych trzech tygodni- kto je uzupełnił? Nie znała tego charakteru pisma. Spojrzała na raporty- zazwyczaj ona je robiła- znowu to nieznane jej pismo. No nic… rzuciła okiem na zamówienie niejakiego Killera i gwizdnęła. Czy on się wybiera na małą wojnę? Olbrzymie zamówienie. Szybko wypełniła dokumentację dotyczącą nowych klientów, uzupełniła braki w pozostałych aktach.
Wydrukowała całą korespondencję i rozdzielając ją na poszczególne działy ułożyła ją w kolejności od najmniej ważnej na spodzie do najważniejszej na samym wierzchu.
Pisma dla Agaresa położyła na jego biurku z prawej strony, dłoń od krawędzi. Przycisnęła to jedną z pralinek i oparła o nią małą karteczkę z krótkim „dziękuję”. Starała się to równie ładnie wykaligrafować. Po lewej stronie korespondencji położyła grubą elegancką kopertę zalakowaną pieczęcią. To raport na jej temat od Komendanta Kojaka. Aż korciło ją by zajrzeć do środka. Wiedziała że nie może- to raport dla Agaresa- to on ją w końcu wysłał na szkolenie. Poprawiła wszystko na jego biurku- tak by było ułożone perfekcyjnie i wyszła.


***

Przekazała korespondencję do innych działów. Zastanawiała się jak ludzie zareagują na jej widok. Przeglądała segregator z raportami i poleceniami oficjalnymi gdy drzwi się otworzyły- podniosła wzrok.
Valgaav wszedł do budynku firmy i się uśmiechnął.
- Witaj Shiro.
- Dzień dobry Szefie. Kawy?
- O tak.
Wstała z biurka, podszedł do niej i uważnie ją obejrzał.
- Jak się czujesz Arashi?- w jego głosie było coś na kształt troski.
- Już dobrze szefie. Nie jest źle.
Uśmiechnęła się lekko. Jakoś jego dłoń na jej ramieniu jej już nie przeszkadzała. Tak jakby obóz odciął ją od poprzedniego życia. Odrodziła się z popiołów, choć zdawała sobie sprawę, że jest potępiona. Zabiła bezbronnego człowieka. Pociągnęła za spust. Nadal odczuwała mdłości na samą myśl o tym.

Wbrew pozorom te wydarzenia nie zabiły w niej wrażliwości, wręcz przeciwnie- wyczuliły ją na nią. Na nowo dostrzegała błękit nieba, pąki na drzewach, przebiśniegi czy urok porannego ruchu na ulicach czy w komunikacji miejskiej.
Znów potrafiła smakować życie.
Ułożyła dokumenty i wstała zza biurka. Miała się skierować do biura szefa, gdy sam zainteresowany pojawił się z pustym kubkiem i wszedł do aneksu po kolejną kawę.
W tym samym czasie do firmy weszła część pracowników. Fisher spojrzał na nią z nienawiścią i zaklął. Skierował się ku swojemu gabinetowi. Northon odprowadził go wzrokiem i powiedział coś, ale zagłuszył to głośny okrzyk radości Ferro.
Włoch w dwóch susach znalazł się przy niej porywając ją w ramiona, okręcił dwa razy wokół własnej osi, postawił na ziemi i ucałował w oba policzki. Bez słowa, za to wydając wciąż okrzyki radości, pognał za Fisherem. Działo się to tak szybko, że nie zdążyła zareagować. Kartki, które trzymała fruwały po całym pomieszczeniu a Northon i Agares zwijali się ze śmiechu. Spojrzała na pracodawcę zdezorientowana.
- Ferro wygrał zakład o kratę szkockiej- wyjaśnił.
Uśmiechnęła się. Czuła że wróciła na swoje miejsce.

***


Inni pracownicy różnie reagowali- część była obojętna, część nawet nie wiedziała, że jest na szkoleniu. Gdy słońce schyliła się ku zachodowi Agares do niej zadzwonił.
- Tak szefie?
- Co robisz?
Przeciągnęła dłonią po karku i zmarszczyła brwi.
- Rozplanowuję zamówienie dla Killera- to nam gruntownie przewietrzy magazyny…
- Jak skończysz to przyjdź.
- Dobrze. Coś jeszcze?
- Nie.
Rozłączył się.
Przeciągnęła się i spojrzała na zegarek- zaraz miała zamykać. Ale numer… nawet nie wiedziała kiedy ten czas minął. Wciąż za oknem było jasno…
Zdjęła marynarkę i odwiesiła ją na krzesło. Wygładziła spódnicę. Zabrała teczkę i weszła do biura Agaresa. Automatycznie się rozejrzała za panienką. Takowej nie było. Niezwykłe. Podała mu aktówkę. Widziała jak przesunął wzrokiem po jej wystających obojczykach.
- Przytyj trochę Shiro…
Rzuciła mu poirytowane spojrzenie.
- Ze spokojem. Dojdę do swojej wagi- wycedziła. Czemu on ZAWSZE musiał mieć jakąś głupią uwagę?!?
- Gdzie panienka szefa?- spytała nie mogąc pohamować złośliwości. Myślała, że się wkurzy a on się roześmiał.
- Obecnie żadnej nie ma. Zainteresowana?- zapytał rozbawiony.
- Nie- prawie warknęła. Spojrzał na nią uśmiechając się i otworzył teczkę. Miał poczucie zwycięstwa- wywołał lekki rumieniec na jej bladej twarzy.
- Usiądź- mruknął a sam wstał zza biurka. Spokojnie usiadła w fotelu.
- Coś do picia?
- Jestem w pracy szefie. – Chce pogrywać? Proszę bardzo. Uspokoiła się i podjęła jego grę. Spojrzał na zegarek.
- Już nie. Coś do picia?- ponowił pytanie.
- Poproszę.
- Coś konkretnego?
- Malibu z mlekiem- rzuciła pewna że tego nie będzie miał w barku. Spore było jej zdziwienie gdy usłyszała shaker a później pod jej nosem postawił wysoką szklankę z mlecznym drinkiem. Agares oparł się o biurko po jej stronie.
Dlaczego on zawsze musi wyglądać zabójczo?
Sięgnął po gruby czerpany papier, na którym drobnym maczkiem była zapisana opinia Kojaka. Przesunął wzrokiem po linijkach po czym zadał z nienacka pytanie:
- Kim jest Nigel?
Starała się panować nad swoją mimiką. Upiła powoli łyk i oparła szklankę o swoje kolano. Usiadła wygodniej opierając się łokciem o podłokietnik.
- Kolegą.- odparła spokojnie. Sondowała go wzrokiem spod rzęs- nie sposób było wyczytać czegoś z jego postawy czy twarzy. Patrzył na nią przenikliwie.
- Mogę przeczytać opinię Kojaka?
Sama siebie zaskoczyła tym pytaniem. Nawet Agares był zaskoczony.
- Później.
Odłożył kartkę na bok i popatrzył na nią uważnie.
- Jak się czujesz?
- W porządku- odparła nieco za szybko. Przewiercał ją wzrokiem.
- Odwiozę Cię.
Kiwnęła głową. Nie miała ochoty jechać tramwajem.
- Dlaczego nie masz prawka?
- Nigdy nie było okazji zrobić.
Podszedł do szuflady biurka i wyciągnał komplet dokumentów. Podał je jej.
Ze zdziwieniem patrzyła na prawo jazdy kategorii A oraz B.
- Ale… - przeniosła zdumione spojrzenie na szefa. Skąd on miał jej zdjęcia? Przechyliła plakietkę obserwując mieniące się hologramy czterech orzełków w okręgach. Jej podpis… dałaby głowę ,że to ona podpisała dokument. To było jej pismo. Z daty wystawienia wynikało ,że jest posiadaczką prawka od dwóch lat. Valgaav patrzył na nią uśmiechając się. Jej konsternacja go bawiła.
- Ale ja nie umiem prowadzić.
Zaczął się śmiać. Nie oponowała trzymając idealnie podrobione, a właściwie wydane na lewo, prawo jazdy, tylko martwiła się, że nie umie prowadzić.
- Będziesz miała specjalne lekcje. Jeśli nie odpowiada Ci moja osoba jako nauczyciel to możesz jeździć z Ferro. Co wybierasz?
- Szef może być..- jak powiedziała to zrozumiała jego plan. On bazował na jej chwilowym zakłopotaniu!
Mężczyzna zorientował się, że ona się połapała, ale jego reakcją był tylko szerszy uśmiech.
Posłała mu wściekłe spojrzenie. Skoro nie była w pracy- mogła sobie na to pozwolić.


***


Zamknęła za sobą drzwi i przekręciła klucz w zamku. Z ulgą zrzuciła szpilki przy szafie. Choć lubiła je i były wygodne to jednak odzwyczaiła się. Odwiesiła płaszcz do szafy i przeszła do kuchni włączając światła klinkietowe nad blatem. Zdjęła marynarkę przechodząc do pokoju i rzuciła ją na krzesło. Włączyła małą lampkę. O było jej standardowe oświetlenie. Zdjęła ubranie i w bieliźnie przeszła z powrotem do kuchni wstawiając wodę na herbatę. Rozpuściła włosy i otworzyła okno. Od razu owiało ją lodowate, jeszcze zimowe, powietrze wywołując gęsią skórkę. Mimo to patrzyła na panoramę miasta i czuła się lepiej. Sam widok dostarczał jej endorfin. Westchnęła czując jak ucieka z niej zdenerwowanie i częściowe zmęczenie. Przeszła do biurka i sprawdziła repertuar telewizyjny na dzisiejszy wieczór. Za godzinę zaczyna się Wywiad z Wampirem- jeden z jej ulubionych filmów, zaraz obok Requiem dla snu.
Standardowo sprawdziła fora na których się udziela. Zamknęła Susa. Miała zasadę- w domu jak najmniej czasu przed komputerem- nie licząc nocy z taskami informatycznymi od czasu do czasu. Robi co ma i wychodzi odkąd uświadomiła sobie, że przez zabijanie czasu na różnych portalach nie ma czasu na nic innego. Zmieniła to z dnia na dzień- ot tak.

Siedziała w szlafroku na łóżku i piła powoli herbatę. Wyłączyła telewizor pogrążając mieszkanie w miejskim mroku. Kontemplowała chwilę film i zamknęła oczy wsłuchując się w ciszę śpiącego miasta. Słyszała samochody na pobliskiej ulicy, tykanie zegarka, wiatr… i cisza…
Tak… to zdecydowanie jej miejsce. Odstawiła pustą filiżankę i poszła umyć zęby.
Kładąc się spojrzała na zegarek- dwie minuty później na pobliskiej trakcji przejechał pociąg pośpieszny. Uśmiechnęła się i zasnęła.





Szablon wykonała Scarlet, tylko i wyłącznie dla shirostory! Chcesz podobny zamów na Goodies!

Menu




Główna
O Mnie
Księga
Dodaj
Szablon


Spis Treści


Prolog
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI
Rozdział XXVII
Rozdział XXVIII
Rozdział XXIX
Rozdizał XXX
Rozdział XXXI


Znajomi


kostucha102sadtriiisnasty-girl-and-bad-boytally

Linki